Rozmowa z Danutą Sedlak

naszą parafianką i prezesem katowickiego Oddziału Związku Sybiraków

2020-05-23

Prawda o tamtych czasach powinna być częścią każdego z nas

KRYSTYNA KAJDAN: – W lutym tego roku minęła 80. rocznica pierwszej deportacji Polaków na Sybir. Pełniąc funkcję prezesa katowickiego Oddziału Związku Sybiraków była Pani mocno zaangażowana w obchody tej smutnej rocznicy, potem przyszła pandemia, ale w końcu mogę z Panią porozmawiać o tym trudnym okresie w Pani życiu.

DANUTA SEDLAK: – Bardzo chętnie, gdyż dopiero teraz wolno o tym mówić; przez całe lata był to temat zakazany, a – jak napisał ks. prałat Zdzisław Peszkowski – prawda o tamtych czasach powinna być częścią każdego z nas.

Pochodzi pani z Katowic. Jak to się stało, że została Pani wraz z mamą i siostrą deportowana na Sybir? Wywożono tam raczej ludzi ze wschodnich terenów ówczesnej Polski.

Mój ojciec Władysław Dziedzic był przed wojnąlekarzem, mama Elżbieta była pielęgniarką. Latem 1939 roku coraz częściej pojawiało się w Katowicach widmo nadciągającej wojny, dlatego ojciec w trosce o nasze bezpieczeństwo postanowił żonę i córki wysłać do swojej rodziny w Zbarażu. Tam miałyśmy przeczekać niespokojne czasy. Nie mógł wówczas przewidzieć,jakie grozi nam niebezpieczeństwo, że będzie to rozstanie na długie lata. Uznano nas bowiem za „wrogi element”, skazano na zsyłkę. I wywieziono trzecim transportem w nocy 28/29 czerwca 1940 roku.

Jak do tego doszło?

Wszystko odbyło się według schematu: w nocy straszliwy łomot, walenie w drzwi i krzyki czterech uzbrojonych żołnierzy NKWD „odkroj dwiery”, sprawdzenie tożsamości: Elżbieta Dziedzic - lat 23, córki: Danuta – 3 lata, Halina – 1 rok i rozkaz: „sobirajsia s wieszczami”. Znam to z opowiadań mamy, która zastygła z przerażenia i nie wiedziała co robić. Jeden z żołnierzy zmusił ją, aby do rozłożonego koca zapakowała pościel, garnki, mydło, zegar, zapałki, chleb, a ona miała opory, bo przecież nie byłyśmy u siebie i to nie były nasze rzeczy. A ten żołnierz krzyczał: „ty durnaja, bieri wsio”. Mama zabrała więc przygotowany tobół trzymając go w jednej ręce, a w drugiej niosła moją maleńką siostrzyczkę. Ja trzymałam się jej spódnicy i tak wyszłyśmy na ganek. Tuliłam swoją lalkę krakowiankę, chciałam ją zabrać, ale enkawudzista brutalnie wyrwał mi ją i wyrzucił wysoko na drzewo. Dla mnie był to wielki dramat. Przed domem czekał już gotowy do drogi konny wóz. Ruszyliśmy wczesnym świtem za innymi furmankami i tak dojechaliśmy do stacji kolejowej. Po drodze miejscowi ludzie wrzucali do furmanek bochenki chleba, chcieli coś podać wywożonym, ale było to trudne, gdyż żołnierze z bronią w ręku nie pozwalali się zbliżyć. W ostatnim momencie przyjaciółce mojej mamy udało się podać nam trochę żywności na drogę i list ze słowami otuchy. Później załadowano nas do bydlęcych wagonów, zaryglowano je i wieziono w nieznane.

Czy może Pani opisać jak przebiegała ta podróż?

Każdy z wagonów był szczelnie wypełniony ludźmi, w naszym były w sumie 54 osoby. Moja mama niechętnie wracała wspomnieniami do koszmaru tej kilkutygodniowej podróży. Mówiła, że żadne słowa nie potrafią oddać fetoru „sławojki”, głodu, braku wody, jęku chorych i płaczu małych dzieci.

Gdzie ta podróż się zakończyła?

Wyładowano nas na stacji Tinda, w Jakucji. Były to tereny wschodniej Syberii. Później długo wieziono nas ciężarówkami w głąb tajgi. Gdy z nich w końcu wysiedliśmy, czekały na nas małe konie o długiej sierści. Zamiast furmanek do koni przyczepione były deski, do których można było przymocować bagaże, a na nich mama posadziła mnie i siostrę.Tylko w taki sposób mógł się w tajdze odbywać transport pomiędzy drzewami. Mama szła za nami na piechotę, była u kresu sił, miała spuchnięte nogi. Wreszcie dotarliśmy do polany, gdzie komendant oznajmił nam, że tu w posiołku Seligdar Ugolnyj będziemy żyć. I dodał, że za 3 miesiące nadejdzie zima i srogi mróz, więc „postrojtie siebie baraki”. Tymczasem mogliśmy skorzystać z kilku szałasów. Gdy mama znalazła dla nas lokum mogła w końcu rozpakować lniane woreczki z chlebem, okazało się, że w drodze spleśniały. Wpadła w rozpacz, bo udało się jej uratować tylko kilka skórek i okruszków.

Jak sobie Pani mama radziła z tak małymi dziećmi na tej nieludzkiej ziemi?

Mama od samego początku wykazała się niesamowitą zaradnością. W pierwszej kolejności chciała nam zapewnić jakieś warunki do spania, gdyż twarda prycza nie była przyjemna. Rozpruła zatem lniane woreczki, które zostały po chlebie, zszyła je w jedną całość i tak powstał pokrowiec na siennik. Teraz z kolei należało go napełnić suszoną trawą, którą razem z wielkim zapałem zrywałyśmy. Nie było to łatwe, bo wszędzie wokół było pełno błota i kałuż. Miałyśmy więc ręce pełne roboty; suszyłyśmy trawę przekładając ją z miejsca na miejsce, aż w końcu można było zrobić z niej wspaniały siennik. Rozciągająca się wokół tajga była dla nas na początku źródłem jedynego pożywienia. Zbierałyśmy jagody i grzyby, zioła na herbatę, a na zupę lebiodę, pokrzywę i inne rośliny. W okazałych szyszkach na cedrowych drzewach były duże i smaczne orzeszki. Moja mama podbierała je dla nas nawet wiewiórkom, ale zawsze im coś jednak zostawiała. Z pończochy zrobiła sitko, które obszyła grubymi łodygami, przymocowała do niego kij i w ten sposób łowiła małe rybki w pobliskiej rzece. Robiła z nich dla nas smaczne kotleciki. W stołówce nie mogła dla nas kupić kaszy, gdyż sprzedawano ją tylko za okazaniem książeczki pracy. Niezbędnym warunkiem podjęcia pracy przy karczowaniu lasu było posiadanie odpowiedniego ubrania i butów. Mama poświęciła więc koc, z którego uszyła sobie niby spodnie, a z resztek zrobiła kubrak. Za posiadany zegarek nabyła walonki i tak wyposażona objęła posadę „liesoruba”.Idąc na cały dzień do tej ciężkiej pracy mama zostawiała nas pod opieką Bożej Opatrzności. Byłam starsza więc zajmowałam się w tym czasie moją siostrzyczką. Za pierwszą wypłatę mama kupiła nam obiad, czyli gorący kapuśniak i kromkę chleba, a na drugie danie była rozgotowana na papkę kasza jaglana. Cóż to były za pyszności! Wielkim świętem dla nas był dzień, gdy listonosz przyniósł paczkę od dziadka, w której był miód, słonina, kasza gryczana oraz list, który mama wszystkim wokół głośno czytała, bo byli spragnieni wiadomości z kraju. List zawierał „tajemnicze” informacje, że ciocia Frania porusza się śmiało i dobrze stoi na nogach, a kuzynka Angelika jest zdrowa i silna, na pewno do nas przyjadą (naturalnie chodziło o Francję i Anglię). Po otrzymaniu tej paczki mama nabrała otuchy. Z nadzieją chodziła do pracy i szepcząc „Zdrowaśki” dziękowała Bogu za kolejny przeżyty dzień na tej nieludzkiej ziemi.

Wkrótce nadeszła jednak sroga syberyjska zima i było coraz trudniej...

Tak, rzeka zamarzła, ale z przerębli mama nadal łowiła dla nas rybki, raz udało jej się

nawet kupić kilka litrów zamrożonego mleka, co było rarytasem. Pewnego dnia znowu przyszedł list z Polski, tym razem rodzice mojej mamy napisali, że naszego tatę zabrali Niemcy i wywieźli do Dachau. Mama nie wiedziała wtedy jeszcze, że to był straszny obóz koncentracyjny. Bardzo martwiła się o nas; myśl, że bez niej zginiemy, dodawała jej sił. A my byłyśmy coraz mizerniejsze. Halinka kaszlała i gorączkowała, miała biegunkę. Była tak osłabiona, że przestała chodzić. W naszym baraku nie było pieca i mama zdawała sobie sprawę, że w takich warunkach nie przeżyjemy tej zimy. Tym bardziej, że już dwoje ludzi zamarzło tam w czasie snu. Zimą 1940/41 roku bywało nawet minus 50 stopni mrozu. Mama zrobiła wtedy wielką awanturę i komendant obiecał, że odeśle nas do szpitala. Tak się też stało. Szpital mieścił się także w baraku, ale było w nim ciepło. Młoda rosyjska lekarka troskliwie się nami zajęła. Położono nas w izolatce z rozpoznaniem: „cholerynka azjatycka”. Pieluszki Halinki były ciągle krwawe, była przeraźliwie chuda, miała duży brzuch, kurzą klatkę piersiową i krzywe nóżki. Mama mogła być z nami w tym szpitalu, bo wmówiła tej lekarce, że jeszcze karmi Halinkę piersią, ale ma mało pokarmu. Nawet się ze sobą zaprzyjaźniły i mama podarowała jej swój biustonosz. Rosjanki nie znały bowiem tej części bielizny. Lekarka ta dostarczyła mamie materiał, igłę i nici, a mama szyła od tej pory biustonosze, po które zjawiały się coraz to nowe klientki. Za szycie mama dostawała dla nas słoninę, kaszkę, cukier itp. Pomimo lepszego odżywiania Halinka chudła coraz bardziej, na twarzy miała głodowe obrzęki spowodowane brakiem białka i witamin. Lekarka robiła co mogła, by nas jak najdłużej zatrzymać w szpitalu, odkrywała przed mamą tajemnice tajgi. Często obie brnęły po pas w śniegu, aby zerwać czerwone nasiona dzikiej róży i jaśniejsze końcówki z drzew iglastych. Robiły z tego skuteczne witaminowe napary; Halinka znów zaczęła chodzić. Ciągle jednak miała stan podgorączkowy, więc lekarka skierowała ją do pobliskiego miasta Ałdan na badanie RTG. Zdiagnozowano wtedy u Halinki „tuberkoloznoje krupoznoje wospolenie liogkich”, dawano jej 3 miesiące życia. Po powrocie do szpitala okazało się, że tę lekarkę zwolniono, a nas wypisano i odesłano z powrotem do posiołka – Seligdar Ugolnyj. Nasz powrót był dla wszystkich niespodzianką, ludzie byli przekonani, że umarłyśmy. Komendant wskazał nam nowy barak i oznajmił mamie, że teraz będzie pracować jako sprzątaczka w obozie karnym. Okazało się, że w 10 barakach tego obozu w głębi tajgi mieszkali katorżnicy, którzy byli tak zarośnięci, że nie wiadomo było, czy to ludzie, czy wilkołaki. Włosy spadały im na twarz, mieli brody do pasa, a obdarte szmaty i skrawki skór zasłaniały ich ciała. Widok był przerażający. Mężczyźni ci byli „kułakami”, zostali pozbawieni swoich gospodarstw i oddzieleni od rodzin. Mama codziennie zabierała nas tam ze sobą, bo czuła, że nikt z nich nie skrzywdzi jej przy dzieciach. Opowiadała nam, że to takie długo żyjące krasnale i trzeba im posprzątać jak w bajce o królewnie Śnieżce. Poza sprzątaniem do mamy obowiązków należało rozpalanie w piecach, co było trudnym zadaniem, bo nie było zapałek, ani niczego na rozpałkę. Z biegiem czasu katorżnicy polubili naszą obecność, czasami pomagali mamie przy pracy. Tak płynęły dni i tygodnie, aż przyszedł wrzesień 1941 roku. Dla Polaków ogłoszono amnestię, byliśmy wolni. Zapanowała wielka radość w całym obozie.

Z syberyjskiej tajgi zamiast do Polski trafiła Pani z mamą i siostrą najpierw pod afrykańskie baobaby, ale o tym opowie nam Pani następnym razem, a dzisiaj dziękuję za podzielenie się tymi bolesnymi wspomnieniami.

Ja również dziękuję, że mogłam moim współparafianom przekazać mały kawałek prawdziwej historii naszego narodu.

 

 

Gazetka

Polecane

Parafia Najświętszych Imion Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 40-551 Katowice-Brynów tel. 32 251 86 60

brynow.jm@katowicka.pl

Numer konta parafialnego: 71 1050 1214 1000 0090 3186 9135.