Wspomnienia o śp. Marii Paszkot

2020-03-22

9 marca br. do Brynowa dotarła smutna wiadomość, że odeszła do Pana śp. Maria Paszkot – Mama naszego poprzedniego księdza proboszcza Jarosława. Pani Maria, gdy była już w bardzo podeszłym wieku, z początkiem zimy opuszczała swój dom w Tychach i zamieszkiwała u syna na probostwie. - Dobrze mi tu u was w Brynowie na tym „zimowisku” – mówiła żartobliwie, ale także nie mogła się doczekać, kiedy z wiosną wróci do swego domu z ogrodem. Nigdy nie skarżyła się na dolegliwości związane z wiekiem, a swym pogodnym usposobieniem i otwartym sercem potrafiła sobie zaskarbić przyjaźń wielu parafian i księży. Codziennie mogliśmy ją spotkać na mszy św. w naszym kościele. Starała się w miarę swych sił uczestniczyć w życiu naszej parafii i bardzo doceniała zaangażowanie parafian; była też wierną czytelniczką naszej gazetki i sympatykiem Dzieła Maryi. Na swe kolejne urodziny zapraszała wielu Brynowian, służyła im radą i życiowym doświadczeniem. Można więc śmiało powiedzieć, że wpisała się w historię naszej parafii. Stąd też pomysł, aby w tym numerze zamieścić chociaż kilka wspomnień o tej niezwykłej Mamie, bo tak do niej wiele osób się zwracało. Ja osobiście doświadczyłam od niej także dużo ciepła i dobroci; na zawsze pozostanie w mojej modlitewnej pamięci. Zapraszam zatem do lektury wspomnień osób pracujących na probostwie, które miały okazję ją bliżej poznać. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, a Światłość wiekuista niechaj jej świeci, niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen.

Krystyna Kajdan


Anna Beliczyńska – Pani Maria była wspaniałym i dobrym człowiekiem. Przebywanie w jej towarzystwie było czystą przyjemnością. Podziwiałam ją za ogromną wiedzę i mądrość, a zarazem skromność. Na wiele spraw starała się zwrócić uwagę, ale nigdy nie narzucała swego zdania, choć często miała rację. Miała niesamowite poczucie humoru, Bardzo mile wspominam niedzielne pogaduchy na probostwie, gdzie przy kawie dzieliła się z nami swoim życiowym doświadczeniem. W ostatnich miesiącach życia często mówiła mi, że dziękuje Bogu za to, że pozwolił jej tak długo żyć, że na swej drodze spotkała tylu dobrych i życzliwych ludzi, a szczególnie była wdzięczna Eli, która z wielkim oddaniem opiekowała się nią na kolejnym „zimowisku” w Kuźni Ligockiej, gdzie ks. Jarosław jest aktualnie proboszczem.

Elżbieta Koba– Śp. Mamę poznałam 12 lat temu i od razu z wzajemnością przypadłyśmy sobie do gustu. Była osobą bardzo pobożną i rozmodloną; miałam okazję uczyć się od niej tej pobożności. Modliła się za wszystkich, a ja osobiście bardzo doświadczałam owoców jej modlitwy. Mówiłam do niej: Mamo, bo traktowała mnie jak córkę. Wiele by można było powiedzieć, napisać, może kiedyś... Ostatnie dni życia Mamy były dla mnie pięknymi rekolekcjami. Bogu dziękuję, że mogłam jej towarzyszyć, gdy zadowolona, uśmiechnięta i pogodzona z wolą Bożą odchodziła do Pana. Kocham Cię, Mamo!

Ks. Łukasz Walaszek- Panią Marię poznałem na probostwie brynowskiej parafii. Mama proboszcza w miesiącach zimowych mieszkała tam razem z nami. Dokładnie pamiętam jej uśmiechniętą twarz oraz życzliwość i matczyną miłość jaką okazywała nam, księżom. Pani Maria zawsze służyła dobrą radą oraz chętnie dzieliła się doświadczeniem życiowym. Wielokrotnie mogłem z nią rozmawiać na różne tematy, ona zawsze chętnie słuchała i potrafiła znaleźć rozwiązanie tam, gdzie wydawało się, że go już nie ma. Traktowała nas wszystkich księży jak własne dzieci. O cokolwiek poprosiłem mamę proboszcza, zawsze była chętna do pomocy. Często popołudniu w niedzielę spotykaliśmy się na kawie z kardamonem i mogliśmy długo rozmawiać. Ja też chętnie wsłuchiwałem się w opowieści z jej życia m.in. o pobycie w Indiach czy też o jej pracy w szkole w Tarnowskich Górach. Pani Maria była osobą rozkochaną w Panu Bogu i pełną ufności. Każdego dnia dziękowała za tak długie życie. Często powtarzała, że wszystko jest w rękach Pana Boga. Codziennie modliła się na różańcu. Pani Mario, dziękuję za wszystko! Szczególnie za niedzielne popołudnia o smaku i zapachu kardamonu.

Ks. proboszcz Jarosław Paszkot – syn (fragmenty homilii pogrzebowej – czwartek -12 marca br,) Moja Mama, śp. Maria przyszła na świat jako pierworodna córka Tomasza i Franciszki 92 lata temu 21 stycznia1928 r. Potem urodziło się jeszcze 6 jej młodszych sióstr. Jak wspominała, dzieciństwo miała dosyć trudne (...) Gdy miała zaledwie 11 lat wybuchła II wojna światowa, a potem nastąpił długi okres niemal 5 lat okupacji, na który przypadł akurat okres jej dorastania. Podczas okupacji trafiła do Krakowa, mieszkała na stancji, uczyła się. Była dumna z tego, że jako młodziutka dziewczyna mogła pomagać w konspiracyjnej akcji przygotowywania paczek dla więźniów obozów koncentracyjnych, akcji zorganizowanej przez hrabinę Karolinę Lanckorońską. W tym okresie trudnej młodości ukształtowała się w niej postawa, która będzie ją charakteryzować i rozwijać dalej w ciągu całego życia: oddanie, postawa służby, poświęcenia dla innych bez względu na cenę. Po zakończeniu II wojny światowej ukończyła szkołę pedagogiczną i dostała nakaz pracy w szkole średniej w Tarnowskich Górach. Wkrótce w sierpniu 1952 wyszła za mąż za mojego ojca Franciszka. Tata, po ukończeniu AGH w Krakowie, dostał nakaz pracy na kopalni i na początku lat pięćdziesiątych rodzice otrzymali swoje pierwsze mieszkanie na osiedlu „A” w Tychach. Tu urodzili się najpierw moi starsi bracia: Andrzej w 1953 r, a po nim Mariusz w 1961 r. Lata pięćdziesiąte były strasznie trudne dla moich rodziców, którzy jak wielu innych, jak się to mówi zaczynali od „0”. Mama po przeprowadzeniu się do Tych zajęła się domem i wychowaniem dzieci. Jako mama, dbała też o nasze zdrowie, w tym Taty. Ja wraz średnim bratem na skutek choroby alergicznej musieliśmy co roku jeździć do sanatorium na 2 miesiące. Zdarzało się i na 4 miesiące. Jako dziecko w ten sposób spędziłem w sumie ponad dwa i pół roku w sanatoriach. W tym wszystkim nie zapominała o swoich młodszych siostrach, młodszym rodzeństwie Taty, a nawet rodzicach i teściach, gdy byli w potrzebie. Na różne sposoby pomagała zwłaszcza młodszemu rodzeństwu Taty i swoim siostrom w edukacji i przygotowaniu do życia zawodowego. Jak już wspomniałem była to jedna z ważnych cech charakterystycznych w jej życiu: stała troska o innych. Robiła to pomimo, iż czasami spotykała się z niezrozumieniem (…).
Inną niezwykle ważną cechą w jej życiu była głęboka wiara wyniesiona z domu, kształtowana przez jej Rodziców, ale także wiele innych osób, w tym wielu księży. Od najmłodszych lat codziennie modliliśmy się w domu wspólnie na kolanach. Nie było niedzieli czy świąt nakazanych, żebyśmy opuścili Mszę św. To właśnie tu w kościele zrodziło się moje powołanie. Mogłem mieć zaledwie 3, może 4 latka, gdy po wyjściu z Mszy św. zakomunikowałem moim rodzicom, że chcę zostać księdzem. Na pytanie rodziców dlaczego – ja, wtedy mały szkrab - prawdopodobnie po usłyszeniu jakiegoś „mocnego” kazania, z którego na pewno nic nie rozumiałem, wyjaśniłem im: „bo ksiądz może krzyczeć na ludzi, a oni muszą cicho siedzieć i słuchać”. Wkrótce ta moja motywacja zaczęła się pogłębiać, wtedy, gdy coraz bardziej odkrywałem prawdę, że to Pan Bóg jest najważniejszy, najpiękniejszy, najmocniejszy, że jest największą Miłością i Dobrocią. To zawdzięczam na pewno moim Rodzicom, ich głębokiej wierze, a zarazem ich związaniu z Kościołem. Mogę powiedzieć, wręcz zaświadczyć, że moja wiara i równocześnie powołanie w naturalny sposób zrodziło się z tego świadectwa życia moich Rodziców, mojej Mamy. Jej wiara była oparta na osobistej i wspólnotowej modlitwie. Należała do Żywego Różańca tak w tutejszej Parafii, gdzie przez pewien czas była zelatorką jednej z róż, jak i w Brynowie, a także nawet w mojej nowej parafii w Ligockiej Kuźni. Wcześniej z Tatą działali tu w parafii w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich. Przez kilka ostatnich lat razem z grupą swoich koleżanek regularnie spotykały się w swoich domach na wspólnym rozważaniu Słowa Bożego, modlitwie i dzieleniu się. Od bardzo wielu lat każdy dzień opierał się na żywym kontakcie z Chrystusem w Eucharystii i w Słowie. Pamiętam, że kiedy było jej coraz trudniej z domu chodzić do kościoła, najpierw musiała przełamać się, by zacząć chodzić z laską. Potem nauczyła się chodzić do kościoła z kijkami do nordic walking, które pomagały jej w zachowaniu równowagi, ze względu na jej zaburzenia. I choć z początku ją to krępowało, pragnienie codziennej Komunii św. było silniejsze. W tym ostatnim okresie, mam na myśli ostanie trzy miesiące w Ligockiej Kuźni, poruszała się już tylko po probostwie, przyjmowała codziennie Komunię św. za moim pośrednictwem, a gdy mnie nie było, to za pośrednictwem innych szafarzy. Ponieważ na probostwie jest nagłośnienie z kościoła, kiedy gospodyni – pani Ela wychodziła już tylko sama do kościoła - bo wcześniej szły razem, to zaczęła żartować sobie, siadając w pobliżu głośnika, że ona już jest w kościele o wiele szybciej niż pani Ela. Mówiła, że tu lepiej słyszy i lepiej może skupić się na modlitwie. W czasie ostatnich trzech dni swojego życia, które dane było jej przeżyć na probostwie w Ligockiej Kuźni, tj. w minioną sobotę, niedzielę i poniedziałek, już niestety w agonii, w pokoju w którym leżała, odprawiałem dla niej Mszę św. i przyjmowała jako wiatyk Pana Jezusa w Komunii św. pod dwoma postaciami (…).Jezus był przy Mamie przez całe życie, aż w końcu zabrał Ją do siebie, do domu Ojca. W ten sposób zakończyła swoje pielgrzymowanie na ziemi (…).

Gazetka

Polecane

Parafia Najświętszych Imion Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 40-551 Katowice-Brynów tel. 32 251 86 60

brynow.jm@katowicka.pl

Numer konta parafialnego: 71 1050 1214 1000 0090 3186 9135.