Wywiad z kard. Konradem Krajewskim

Z teki byłego dziennikarza GN

2020-05-16

Dawał się nam do końca

Z okazji 100. rocznicy urodzin św. Jana Pawła pozwalam sobie przypomnieć fragment wywiadu, który przeprowadziłem z kard. Konradem Krajewskim 9 lat temu. Nie był wtedy jeszcze ani biskupem, ani kardynałem. Był papieskim ceremoniarzem. Przy św. Janie Pawle II posługiwał przez ostatnie 7 lat jego życia. Był świadkiem jego cierpienia i śmierci. A nade wszystko świętości. Są takie rozmowy, które zostają w pamięci na zawsze. Ta do takich należy.

ks. Tomasz Jaklewicz: Jak Ksiądz patrzy na lata służby u boku Jana Pawła II? To chyba wielka łaska?

ks. Konrad Krajewski:  Poczułem  mocno, że należę do papieskiej rodziny podczas pielgrzymek. Byłem tak urzeczony tym faktem, że jestem z widzialnym zastępcą Chrystusa, że nigdy nie zapinałem pasów w samolocie. Zawsze denerwowałem tym abp. Mariniego, który powtarzał: „Zapnij pasy”. A ja na to: „Nie, lecę z papieżem”.

Papież dawał poczucie bezpieczeństwa?

Jak się jest blisko papieża, to jest się bezpiecznym. Nieraz denerwowałem spowiedników, bo chodziłem przed każdą celebracją do spowiedzi, szczególnie pod koniec życia Jana Pawła II. Potrzebowałem tego, bo zbliżałem się do człowieka, który promieniował Bogiem. Jeden z księży powiedział mi kiedyś: „Wiesz, kiedy ja się zorientowałem, że mam do czynienia z człowiekiem świętym? Kiedy podprowadziłeś mnie do Ojca Świętego podczas audiencji i przypomniały mi się wszystkie moje grzechy. Tak mógł działać tylko święty”. Było coś niezrozumiałego, a zarazem pociągającego w osobie papieża, czego nigdy nie potrafiłem nazwać, a Kościół to nazwie: to jest świętość.

Czy bycie tak blisko Jana Pawła miało w sobie coś mistycznego?

Widziałem, jak Ojciec Święty przychodził i klękał przed Mszą św. To był mężczyzna postawny, więc jak klękał, to zakrystia się trzęsła, głowę chował w swoich dłoniach... I był nieobecny. Za pierwszym razem myślałem, że się źle czuje, ale abp Marini mnie powstrzymywał, żebym nie podchodził. Stawaliśmy jak ministranci przy ścianach, patrzyliśmy, ale nie uczestniczyliśmy w tym, co się działo. Odkrywaliśmy, że ten człowiek, zanim wyjdzie reprezentować Boga, najpierw z Nim rozmawia, dotyka Go. Przechodziły mnie wtedy ciarki, ale nie wiedziałem, z jakiego powodu.

Czy to onieśmielało?

Tak. Bardzo mi było trudno zwrócić się do Ojca Świętego bezpośrednio podczas liturgii. Czułem, że to mnie przerasta. Kiedy był słabszy i trzeba było o coś zapytać, parę minut szukałem właściwych słów. W jego pokorze był też majestat. Wydawało mi się, że każde słowo jest jakby nie na miejscu, bo Ojciec Święty był bardzo skupiony, kiedy wchodził do zakrystii.

Ksiądz był bliskim świadkiem cierpienia papieża, jego umierania i śmierci.

Ojciec Święty gasł od roku 2000. Na naszych oczach, z liturgii na liturgię...

Rok 2000 był szalenie ważny dla Jana Pawła II. Chciał wprowadzić  Kościół w trzecie tysiąclecie.

Papież czuł się trochę jak Mojżesz, który nie wiedział, czy w ogóle i jak daleko wejdzie z nami w to kolejne tysiąclecie. Ja zawsze widziałem wiosnę u Ojca Świętego. Natomiast ciało już nie nadążało za jego wnętrzem. I potrafił się nieraz zdenerwować na siebie. Nieraz uderzał pastorałem w podłogę, bo nie mógł zrobić kroku, ciało już go nie słuchało. Ostatnie Boże Ciało w 2004 było przejmujące. Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: „Chciałbym uklęknąć”. Ja mówię: „Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie...” (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: „Aha”. Ale za chwilę znowu: „Chcę uklęknąć”. Ja: „To może na wysokości redemptorystów”. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: „Tam jest Najświętszy Sakrament”. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Ale dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana nie wytrzymywały. To było wielkie cierpienie. On wiedział, że wnętrze musi być wyrażone na zewnątrz. A to już było prawie niemożliwe. Ale tym wysiłkiem, aby podporządkować sobie ciało, które już nie odpowiadało jego potrzebom ducha, on nas ujmował... W tym był piękny...

Cierpienie Jana Pawła II było widoczne podczas celebracji.

Podczas kanonizacji o. Pio był taki moment, kiedy wydawało mi się, że już nie skończymy. Ojciec Święty poruszał się na fotelu we wszystkie strony. Widać było, że nie może sobie znaleźć takiej pozycji, żeby go nie bolało. Nachyliłem się: „Ojcze Święty, może w czymś pomóc?”. Odpowiedział: „Mnie już nie można pomóc. Mnie już wszystko boli. Ale tak musi być”. Pamiętam to doskonale. To był 2002 rok. Czyli były jeszcze trzy lata przed nami... Przez te ostatnie lata pontyfikatu z abp. Marinim obmyślaliśmy, jak by pomóc Ojcu Świętemu, żeby tak nie cierpiał. Był fotel podnoszony, fotel z opuszczanymi oparciami, winda do konfesji, bo już nie mógł chodzić po schodach... Ani abp Marini, ani ja nie mieliśmy doświadczenia w dbaniu o kogoś z rodziny. Kiedy byłem w Rzymie, wszyscy moi bliscy już zmarli. I otrzymałem jakby w to miejsce łaskę opiekowania się cierpiącym. Był nim Jan Paweł II, który cierpiał na oczach całego świata.

Jan Paweł II chciał do końca być aktywnym mimo tych cierpień.

Ojciec Święty wiedział, że piękno w liturgii i piękno bycia tym, który prowadzi ludzi do Boga, nie polega na rzeczach zewnętrznych. My, gdy jesteśmy chorzy, gdy boli nas ząb, nie idziemy po prostu do pracy. A Ojciec Święty pokazywał się w oknie, wychodził do celebracji mimo trzęsących się rąk, mimo trudności z opanowaniem gestykulacji. Bo miał coś więcej do powiedzenia. Piękno zewnętrzne przemija u każdego z nas. Ciągle się starzejemy, ciągle nam albo czegoś przybywa, albo coś jest nam odbierane. Kiedyś spotkałem takie piękne powiedzenie Matki Teresy, że my ofiarujemy Bogu wszystko, co od Niego otrzymaliśmy, ale trzeba też umieć ofiarować to, co On zabiera. Janowi Pawłowi II zostało zabrane wszystko. Aktor przestaje mówić, atleta jeżdżący na nartach i chodzący po górach, przestaje chodzić. On to wszystko ofiarował. I my to widzieliśmy, że on to ofiarował. Dlatego wychodził do Mszy. Dlatego mimo że już miał zrobioną tracheotomię pokazywał się w oknie.

Wielu ludzi mówiło, że nie oszczędzano papieża.

Nie, to papież się nie oszczędzał. Jego wszyscy chcieli oszczędzać, łącznie z nami. Myślę, że jak ktoś jest piękny, to jest cały dla innych. On się cały daje, nie reglamentuje siebie. Być przy Janie Pawle II to być w środku Ewangelii. Dokładnie tak jak Jezus Chrystus, Jan Paweł II do ostatnich chwil oddawał się Bogu i nam. Do końca...

Ta lekcja cierpienia, którą zostawił nam Jan Paweł II może być pomocą dla tych, którzy dziś doświadczają cierpienia.

– Jak spadł samolot prezydencki w Smoleńsku i do mnie dotarła ta wiadomość, natychmiast pobiegłem do grobu Jana Pawła II. Tak, jak nie rozumiałem cierpienia Jana Pawła II, ale dotykałem tego cierpienia, tak nie rozumiałem, co się stało w Smoleńsku. I mówię: „Ojcze Święty, tylko ty to możesz zrozumieć”. I zacząłem się modlić za tych, którzy zginęli. Jest wiele rzeczy, których nie rozumiemy, natomiast święci jakby nam uchylają trochę tego nieba i pokazują. Ja nie rozumiałem, dlaczego Jan Paweł II musiał cierpieć, ale kiedy teraz ktoś mi mówi: „Dlaczego ja muszę cierpieć?”, odpowiadam: „Jan Paweł II cierpiał też. Chrystus cierpiał. Oni nam pokazali drogę”. Nie można dotykać Chrystusa, nie dotykając cierpienia, nie dotykając krzyża. Bo jest wielu ludzi, którzy dotykają krzyża, ale bez Jezusa. I to jest okropne. To jest cierpienie, jakby „zwierzęce”, to może nie najlepsze słowo, ale to jest cierpienie, które po prostu nas wtedy niszczy.

Cały wywiad:  https://www.gosc.pl/doc/832832.Majestat-w-pokorze

Gazetka

Polecane

Parafia Najświętszych Imion Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 40-551 Katowice-Brynów tel. 32 251 86 60

brynow.jm@katowicka.pl

Numer konta parafialnego: 71 1050 1214 1000 0090 3186 9135.