Z syberyjskiej tajgi pod afrykańskie baobaby

dalszy ciąg rozmowy z Danutą Sedlak

2020-06-29

Rozmowa z Danuta Sedlak, naszą parafianką, prezesem katowickiego Oddziału Związku Sybiraków

KRYSTYNA KAJDAN: - Dzisiaj w nocy minie dokładnie 80 lat od chwili, gdy enkawudziści załomotali do waszych drzwi, gdy brutalnie deportowano was na daleki Sybir. Przypomnę, że Pani mama Elżbieta Dziedzic miała wtedy 23 lata, Pani 3 lata, a siostra Halinka zaledwie roczek. Podobny los spotkał setki tysięcy Polaków. Miesiąc temu opowiedziała nam Pani o nędznej i beznadziejnej wegetacji w syberyjskiej tajdze. Teraz chciałabym Panią poprosić o dalsze wspomnienia dotyczące powrotu z Syberii do Polski.

DANUTA SEDLAK: - Jak już ostatnio wspomniałam, w lipcu 1941 roku w wyniku układu-Sikorski - Majski nastąpiła niespodziewana i zbawienna „amnestia”,  która stworzyła nam możliwość opuszczenia miejsca zesłania – nieludzkiej, syberyjskiej ziemi. Informacja ta dotarła do nas dopiero we wrześniu. Byliśmy wolni. W całym naszym obozie zapanowała wielka radość. I zaraz tłumy tułaczy wyruszyły na południe. Zdolni do służby wojskowej wstępowali do armii organizowanej przez gen. Władysława Andersa. Ten exodus był niezwykłym zjawiskiem – dzięki niemu uratowało się ponad 120 tysięcy Polaków. Niestety w stosunku do deportowanych była to niewielka cząstka. Tym, którym nie dopisało szczęście i nie zdążyli do Persji – obecnego Iranu, koszmar Sybiru przedłużył się jeszcze o kilka lat. Nasza dzielna mama nie zastanawiała się długo i zaczęła organizować powrót. Uszyła worek na żywność, w tobole umieściła niezbędne rzeczy. U boku powiesiła sobie puszkę po konserwie, do której można było nalać kipiatok, by gorącą wodą rozgrzać i oszukać głodny żołądek. I w drogę!

Z syberyjskiej tajgi zamiast do Polski trafiła Pani z mamą i siostrą pod afrykańskie baobaby. Jak wyglądała ta najdłuższa w Pani życiu podróż?

Wyruszyłyśmy z grupą najodważniejszych, byle dalej, na południe; liczyłyśmy, że tam przynajmniej odpadnie nam troska o ciepłe ubranie. Ta włóczęga trwała kilka miesięcy. Odbywała się w deszczu, upale, mrozie, na saniach, furmankach, w zatłoczonych wagonach i pieszo. Wszy i pluskwy towarzyszyły nam wszędzie i na wszystkich etapach tułaczki. Na skutek głodu, brudu i małej odporności szerzyły się choroby. Nie ominęło to mamy, która zachorowała na tyfus plamisty i brzuszny, trafiła do szpitala. Nami miały się zaopiekować dwie młode Polki, ale nie dotrzymały obietnicy, bo wyruszyły do Buzułuku do armii gen. Andersa.  Po wyjściu ze szpitala, mama przez kilka tygodni rozpaczliwie szukała nas  po różnych sierocińcach. Gdy w końcu nas znalazła, to z trudem ją rozpoznałyśmy, była wychudzona, bez włosów, które obcięto jej w szpitalu. Najważniejsze jednak było to, że znowu byłyśmy razem. Mama podjęła nowe wyzwanie, by dotrzeć pod opiekę wojska i polskich placówek opiekuńczych. Podobne marzenia mieli inni rodacy zdziesiątkowani przez choroby. Byłyśmy w opłakanym stanie, w łachmanach i bez pieniędzy. W dodatku obie z Halinką zaczęłyśmy coraz bardziej chorować. Na szyi i buzi pojawiły nam się wrzody, cierpiałyśmy na zapalenie ucha i spojówek, miałyśmy koklusz. Mamie jakimś cudem udało się dotrzeć do punktu sanitarnego, w którym pracowali polscy lekarze. Otrzymałyśmy tam skuteczną pomoc. Halince założono dreny, dzięki czemu nie pozostały jej blizny na twarzy. Na mojej głowie pojawił się wielki wrzód, który lekarz rozciął skalpelem – ropa trysnęła na ścianę. Potem przez długie miesiące nie rosły mi włosy i w połowie byłam łysa. W końcu dotarłyśmy do Krasnowodska, gdzie byli zakwaterowani żołnierze, którzy dostali się do armii gen. Władysława Andersa.  Działała tam kuchnia polowa zapewniająca i nam ciepłą strawę. Pamiętam, że stałyśmy w długiej kolejce, by w puszce po konserwie otrzymać chochlę zupy. Te okazyjne posiłki pozwoliły nam się jednak utrzymać przy życiu.

Ile osób cywilnych ewakuowano wraz z armią gen. Andersa?

Była to ogromna operacja humanitarna, dzięki której ewakuowano około 40 tysięcy osób cywilnych, głównie matek z dziećmi i sierot. Polscy uchodźcy – dzięki współpracy wielu życzliwych państw - znaleźli schronienie na terenie Indii, Libanu, Meksyku, Nowej Zelandii i Afryki. Moja mama wybrała Afrykę, gdyż wydawało jej się, że stamtąd będzie najbliżej do Polski. Dzięki jej zaradności i pomocy wielu szlachetnych ludzi udało nam się opuścić Krasnowodsk i popłynąć do Persji. Po wylądowaniu w Pahlewi skierowano nas od razu do łaźni, gdyż byłyśmy brudne, wychudzone i zawszone. Nasze łachmany spalono i po kąpieli otrzymałyśmy czystą odzież. Byłyśmy uratowane. Los się do nas uśmiechnął, Pan Bóg wysłuchał naszych modlitw.

Co Pani najbardziej utkwiło w pamięci z tej powrotnej tułaczki?                                                                                                                                       

Z pobytu w Persji najmocniej pamiętam mszę św. celebrowaną przez biskupa Józefa Gawlinę. W długich szeregach stały umundurowane kolumny żołnierzy, a w pobliżu grupka kobiet i dzieci. W czasie tej uroczystości pierwszy raz w życiu miałam publiczny występ. Postawiono mnie na stole i głośno deklamowałam wiersz nieznanego autora, którego nauczyła mnie moja mama; pamiętam go do dziś:

Wiem ja, bo mi o tym moja mama powiedziała, żem dziecię z polskiej ziemi, żem ja Polka mała. I wiem jak mi Polska jest droga i miła, bom się w polskiej mowie pacierza uczyła, bo mnie polskie niwy chlebem swym karmiły, bo mnie polskiej piosnki skowronki uczyły, bo mnie tam na niebie strzeże Matka Boska, ta Polska Królowa, nasza Częstochowska, bo przy Bożym tronie polscy święci stoją i co dzień się modlą za Ojczyznę moją. Więc ten paciorek polskiego dziewczęcia przyjm o Wielki Boże w ojcowskie objęcia, bo on się z mej duszy wyrywa jak łkanie – Ojczyznę i wolność racz nam wrócić Panie!

Mamie dziękowano wtedy, a ja pierwszy raz w życiu widziałam płaczących żołnierzy, wzruszeniom nie było końca…

Jak przebiegała dalsza podróż z Azji do Afryki?

Na terenie Azji już w sposób zorganizowany przemierzałyśmy trasę z Pahlewi przez Teheran do Karaczi. A potem czekała nas dalsza droga statkiem do egzotycznej i nieznanej Afryki. Polski rząd emigracyjny w Londynie uzyskał zgodę Wielkiej Brytanii na udzielenie schronienia w Afryce 18 tysiącom polskich uchodźców. Po wylądowaniu w Afryce naszą trójkę skierowano do Ugandy – obozu Koja nad jeziorem Wiktorii. Z powodu malarycznego klimatu wysłano nas następnie do Kenii, do obozu Rongai. Obóz ten był położony na równiku, na wysokości 2000 m n.p.m. W 22 osiedlach na terenie Ugandy, Kenii, Rodezji, Tanganiki i RPA – rozrzuceni po ogromnych obszarach ówczesnych kolonii brytyjskich – tworzyliśmy zintegrowane społeczności. Życie w tych obozach było świetnie zorganizowane. Dzięki pomocy Wielkiej Brytanii sprawnie funkcjonował system oświatowy, dla dzieci otwarto szkoły, zapewniona była opieka lekarska, poczta, świetlice a nawet harcerstwo. Szczególny nacisk kładziono na wychowanie patriotyczne; święta narodowe obchodzone były niezwykle uroczyście. Wszyscy żyliśmy w przekonaniu, że po zwycięskim zakończeniu II wojny światowej wrócimy szczęśliwe do rodzinnych stron. Niestety, Jałta przekreśliła te nadzieje. Dorośli stanęli wówczas przed dramatycznym wyborem: czy po doświadczeniach Sybiru wracać do komunistycznej ojczyzny, czy decydować się na trwałą emigrację?

Pani dzielna mama podjęła znów nowe wyzwanie…

Dla mnie i siostry pobyt w Afryce był prawdziwym rajem na ziemi i bardzo radosnym okresem  dzieciństwa. Do tej pory kojarzy mi się ze szczęściem, poczuciem bezpieczeństwa i sytością. Mama jednak była smutna, bo nie wiedziała, czy nasz tato żyje, czy wrócił z obozu w Dachau, tęskniła za Polską. Wreszcie w 1946 roku przez Polski Czerwony Krzyż dotarła do nas wiadomość, że nasz tato Władysław Dziedzic ocalał, poszukuje nas i oczekuje w kraju. Decyzja była natychmiastowa – wracamy do Polski. Stało się to w 1947 roku. Na dworcu w Czechowicach powitał nas tata, pamiętam jak mocno mnie przytulił, jak kapały mu ze szczęścia łzy…

W Pani mieszkaniu widzę mnóstwo afrykańskich pamiątek, czy udało się tam Pani powrócić już w dorosłym życiu?

Powrót do szczęśliwej krainy dzieciństwa stał się możliwy dopiero w wolnej Polsce po 1989 roku. Wcześniej tyle lat tęskniłam za Afryką, za zapachem i kolorem jej ziemi, przypływami oceanu, bujną roślinnością i za ogromnym baobabem, na którym figlowały koczkodany. Korzystam z każdej okazji, by tam ponownie pojechać, zaangażowałam się w ocalenie polskiego cmentarza w Koji, w pomoc afrykańskim dzieciom dzięki Fundacji, która powstała z inicjatywy wielu osób, które w ten sposób chcą okazać wdzięczność Afryce za gościnę w trudnych czasach II wojny światowej.

Bardzo Pani dziękuję za interesującą rozmowę i przybliżenie mało znanej historii Polaków.

Ja również. A zainteresowanych tym tematem odsyłam do dzisiejszego numeru „Gościa Niedzielnego”, w którym ukazał się artykuł red. Przemysława Kucharczaka opisujący nasz pobyt na Syberii.

 

 

Gazetka

Polecane

Parafia Najświętszych Imion Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 40-551 Katowice-Brynów tel. 32 251 86 60

brynow.jm@katowicka.pl

Numer konta parafialnego: 71 1050 1214 1000 0090 3186 9135.