Kazania pasyjne

O Pasji z pasją

2021-02-28

Kazania pasyjne głosi w tym roku ks. Tomasz Jaklewicz podczas Gorzkich Żalów w niedzielę o 17.15. Dla tych, którzy nie mogą wysłuchać publikować będziemy teksty tych kazań:

O Pasji z pasją

Wprowadzenie do całości cyklu kazań pasyjnych

Wielki Post zaprasza pod krzyż Zbawiciela. Chodzi o takie patrzenie na Ukrzyżowanego, które wywołuje wstrząs, nawraca.

            Maria Magdalena nie stoi pod krzyżem Chrystusa. Ona go obejmuje, przytula się mocno do jego skrwawionej belki, tuż poniżej przebitych nóg Skazańca. Taki wizerunek utrwalił się w chrześcijańskiej ikonografii. Jest w tym obrazie coś niezwykle wymownego. Ta, która tak bardzo ukochała Chrystusa, która doświadczyła zarówno ciemności grzechu, jak i mocy przebaczenia, która szła z Nim wiernie aż na Golgotę… Ona rozumie więcej niż inni. Widzi sercem. Czy można inaczej patrzeć na krzyż? Można, oczywiście. Tylko wtedy zobaczy się niewiele albo nic. Aby usłyszeć to, co mówi krzyż Chrystusa – o ludzkim losie, o mnie, o życiu, o miłości, wreszcie o Bogu – trzeba zrobić to, co Magdalena. Chwycić go mocno w obie dłonie, objąć, przytulić się, ucałować. Przylgnąć do tego najszlachetniejszego drzewa ze swoimi grzechami, z cierpieniem, z samotnością, z ciężarem powołania, z tym, co w tobie wyje, krwawi, co tkwi w sercu jak zadra… Przyłożyć do tej skrwawionej belki całego siebie, ciało i duszę, rozum i uczucia. Cor ad cor loquitur. Serce mówi do serca. Twoje chore serce i przebite serce Boga. Tylko w takim zwróceniu się ku Panu, ku Jego męce, śmierci i zmartwychwstaniu, może do nas cokolwiek dotrzeć z tej Prawdy i Miłości. Nie zrozumie się miłości, nie kochając.

Przywołałem na początku obraz Marii Magdaleny tulącej się do krzyża, bo on ukazuje to, na czym bardzo mi zależy. Chodzi o to, by wraz z WAMI spoglądać na cierpiącego Pana w taki sposób, że serce zaczyna bić mocniej. Bez dystansu, bez zimnych metafizycznych złotych myśli, bez erudycyjnych popisów czy ckliwej uczuciowości, kojarzonej z płaczącymi niewiastami napomnianymi przez Jezusa.

Zamysł jest taki, aby przejść w sześciu medytacjach drogę Jezusa od Ogrójca aż na Golgotę. Patrzeć na Niego tak, by doznać ozdrowieńczego smutku, łaski łez, które oczyszczają tak, by widzieć Miłość. Zanieść pod Jego krzyż wszystkie nasze mniejsze i większe krzyże. Zobaczyć, że to, co nas boli, boli i Jego. Zjednoczyć się z Nim tak, by zacząć Go naśladować, nauczyć się kochać braci i siostry taką samą miłością, jaką On kocha. A wtedy każde nasze cierpienie może się stać w jakimś sensie „relikwią” Krzyża Świętego. 

Kazanie pierwsze: Getsemani – ogród trwogi

Potem wyszedł i udał się, według zwyczaju, na Górę Oliwną: towarzyszyli Mu także uczniowie. Gdy przyszedł na miejsce, rzekł do nich: „Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”. A sam oddalił się od nich na odległość jakby rzutu kamieniem, upadł na kolana i modlił się tymi słowami: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”. Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i umacniał Go. Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Gdy wstał od modlitwy i przyszedł do uczniów, zastał ich śpiących ze smutku. Rzekł do nich: „Czemu śpicie? Wstańcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”. (Łk 22,39-46)

         W kluczowych momentach życia, w chwilach najtrudniejszych decyzji, gdy rozstrzyga się nasza przyszłość, gdy paraliżuje nas lęk przed tym, co nieuchronne, przed bólem, operacją, wieścią o złośliwym guzie, o nieszczęściu, które zmiata z powierzchni ziemi nasz mały świat, zawsze zostajemy sami. Zdani tylko na Boga, którego jednak nie widać ani nie słychać. Jego milczenie odbieramy często raczej jak wyrok niż pocieszenie. Dobijamy się o pomoc do bliskich, do przyjaciół, ale oni albo nie chcą, albo nie potrafią pomóc. Co gorsza, zdarza się, że zamiast zrozumienia czy pociechy otrzymujemy obłudny pocałunek. Rozumiemy, że zostaliśmy odtrąceni przez tych, których kochamy. Getsemani jest taką właśnie historią. Prawdziwą do bólu.

Czemu śpimy?

Trzydziestokilkuletni mężczyzna w pełni życia, u szczytu „kariery”, podziwiany przez tłumy, odnoszący spektakularne sukcesy nauczyciel, cudotwórca, pogromca burz, wskrzesiciel zmarłych… teraz drży. W godzinie najcięższej próby jest przerażająco samotny. Modli się o wierność, zwracając się do Boga z czułością dziecka: „Abba, Ojcze”. Nie jest to paciorek, lecz modlitwa walki, dramatyczne zmaganie z pokusą ucieczki. Już tu zaczyna się Jego agonia. Leżąc z twarzą przytuloną do ziemi, nabiera sił, aby udźwignąć śmiertelny ciężar. Nie odpowiedzieć złem na zło, ukochać ich miłością silniejszą niż wszystko, wytrwać do końca.

         Spróbujmy wejść w uczucia Jezusa, aby dzielić je z Nim. Co działo się wtedy w Jego sercu? „Począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: »Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną!«” (Mt 26, 37–38). Nie po raz pierwszy Jezus odczuwa smutek. Zapłakał nad grobem Łazarza, płakał nad Jerozolimą. Jego smutek sięga teraz dna, potęgowany poczuciem osamotnienia i niezrozumienia. „Zostawicie Mnie samego” (J 16,32) – tak mówił w Wieczerniku do uczniów, przewidując co się stanie, gdy zobaczą, jak przegrywa. Najbliżsi ludzie zawodzą Go w godzinie próby. „Apostołowie odgrodzili się od Niego ścianą snu” (Roman Brandstaetter). Samotność jest bardziej gęsta, trudniejsza wśród innych, którzy niby są, ale naprawdę ich nie ma. „Czemu śpicie?” – woła Jezus. „Czuwajcie ze mną” – prosi jak żebrak o odrobinę współczucia. Trzy razy próbuje, błaga o obecność. Odpowiedzią jest po trzykroć obojętny sen. Czy nie jest to wstrząsający obraz zawiedzionej przyjaźni, miłość, która nie jest kochana?

Zastanawiam się, jaka jest moja odpowiedź na prośbę Pana? Gdzie jest moja gorliwość, gdzie modlitwa? Czy jestem z Nim? Czy rozumiem, że On mnie potrzebuje? Smutek i samotność Jezusa są obrazem smutku i samotności samego Boga. Ile razy Bóg musiał smucić się z mojego powodu? Benedykt XVI: „Ospałość uczniów pozostaje przez całe wieki szansą dla mocy zła. Ospałość ta jest znieczuleniem duszy, której spokoju nie mąci moc zła panującego w świecie, ani ogrom wyniszczającej ziemię niesprawiedliwości. Jest to otępienie człowieka, który – by móc nadal trwać w samozadowoleniu własnej sytej egzystencji – wolałby nie zauważać tego wszystkiego i uspokaja się myślą, że w gruncie rzeczy nie jest tak źle. Jednakże to otępienie duszy, ten brak czujności zarówno na bliskość Boga, jak i na potęgę grożącego zła, zapewnia Złemu władzę nad światem”. Ile razy znieczulam swoje sumienie tym hasłem: „w gruncie rzeczy nie jest tak źle”?

Człowiek nie umie być sam

Na smutek i samotność Jezusa trzeba spojrzeć jeszcze z innej strony. Owszem, trzeba zobaczyć siebie po stronie śpiących apostołów. Ale każdy z nas ma także swój ogród samotności i smutku. Co mnie zasmuca, co boli? Smutek wiąże się z doświadczeniem straty. Tracimy młodość, zdrowie, prestiż, wygląd, pieniądze itd. Bywa, że tracimy wartości o wiele cenniejsze – miłość, zaufanie, nadzieję. Konieczne jest pewne rozróżnienie. Św. Paweł pisze, że jest „smutek tego świata”. To taki ból, który jest podszyty egoizmem, myśleniem tylko o sobie, przekonaniem, że wszystko mi się należy, że wszystko mogę i muszę mieć. Istnieje jednak także „smutek błogosławiony”, wszak „błogosławieni, którzy się smucą” (Mt 5,4). Ten „smutek, który jest z Boga”, „dokonuje nawrócenia ku zbawieniu” – podkreśla Apostoł. Będzie to płacz nad swoim grzechem, nad niedoskonałością wiary czy miłości. Ale też błogosławione są łzy smutku z powodu innych, wywołane współczuciem, bezradnością wobec  zła. Miłość nie zawsze daje radość, oj nie! Często sprawia ból. Ci, którzy kiedykolwiek kochali, wiedzą to doskonale. Jezus uczy, że trzeba to wytrzymać. Miłość „wszystko znosi… wszystko przetrzyma”.

W każde ludzkie życie wpisana jest jakaś miara samotności. Niełatwo się z tym pogodzić. Nawet najbliżsi ludzie nie zawsze nas zawsze rozumieją. Jest w nas samotność, którą może wypełnić tylko Bóg. Ale Jego milczenie bywa trudne do zniesienia. Jest jakby za daleko. Dlatego tę pustkę próbujemy zalepiać byle jak, z byle kim, jakąś namiastką, podróbką miłości. Samotność Chrystusa w Ogrójcu i moja samotność. Zobaczyć tę łączność, to odkryć, to zrozumieć! Getsemani odsłania, może wręcz najwyraźniej w Ewangelii, ludzkie oblicze Chrystusa. Genialnie pisze o tym ks. S. Pasierb w wierszu „Ogrójec”: „już objawiłem im Boga / w blasku i mocy / jeszcze objawię im człowieka / dzisiejszej nocy”. I przejmująca pointa: „objawię im ostatnią prawdę / najwstydliwszą z tajemnic człowieka / nie umie być sam póki żyje / i gdy umiera / trzy razy obudzę śpiących / sercem bijącym o żebra / człowiek wzywający człowieka / żebrak”.

Tacy właśnie jesteśmy. Budzimy wielokrotnie tych, od których oczekujemy większej miłości, zrozumienia, czułości, obecności. Jak żebracy. (Temat bliski tylu małżonkom, choć przecież nie tylko). Ale zostajemy często sami. Tylko z Bogiem podającym nam zimny kielich przez anioła, w którym nie zawsze łatwo rozpoznać Jego wysłannika. Wytrzymać swój Ogrójec można tylko z Jezusem. Na dnie swojej samotności spotkać można Jego samotność.

Lęk i pokusa odejścia

„Poznajesz swoje powołanie po tym, jak ci ciąży” – pisał Antoine de Saint-Exupéry. Każde powołanie ma swój ciężar. Są momenty, gdy wydaje się on nie do udźwignięcia, ponad ludzkie siły. O tym także mówi Getsemani. Jezus odczuwa trwogę przed tym, co Go czeka. Modli się do Boga Ojca słowami, które szokują szczerością: „zabierz ode Mnie ten kielich”. A więc pokusa ucieczki w obliczu trudności bywa aż tak silna. W słowach Jezusa wybrzmiewa dobrze nam znany lęk przed zadaniem. I zarazem jest w nich ukryta ważna lekcja. Nie muszę się wstydzić swojego strachu, nie muszę udawać bohatera, mam prawo lękać się o przyszłość, o to, że nie podołam, mogę bać się bólu i śmierci. To normalne, że drżę.

Wierność Bogu, świętość, wypełnienie powołania. Tego nie da się zrealizować bez walki. Zawsze będziemy kuszeni, zawsze będziemy czuli niepokój o przyszłość, pytając siebie, czy wytrwam w chwili próby. Jezus zapowiadał godzinę walki w Getsemani: „Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Nie, właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę” (J 12, 27). Nie chodzi o to, by się nie bać, ale o to, by być silniejszym niż lęk, by trwać mimo lęku.

„Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie” (Łk 22,40). Jezus mówi to uczniom i sam wypełnia ten nakaz. Całą swoją trwogę, smutek, samotność, kuszenie do dezercji, wszystko – zamienia w wołanie do Ojca. „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”. Te słowa mają swój ciężar, swoją cenę. Wypowiada je człowiek, który się poci, krwawi, kona z przerażenia. Nie zapominajmy o tym.  

A jak to jest z nami? Jaka jest nasza modlitwa w obliczu pokusy, gdy wydaje się nam, że Bóg żąda od nas zbyt wysokiej ceny za wierność? Wolelibyśmy zatrzymać się raczej na „oddal ode mnie ten kielich”. Może – jak apostołowie – uciekamy w jakiś rodzaj uśpienia. Szukamy taniej pociechy, że jakoś to będzie, unikamy trudnych decyzji, nie chcemy mocnych rekolekcji, szczerej do bólu spowiedzi… Sięgamy po środki znieczulające, byle uniknąć konfrontacji, uciec od swojego krzyża. Ale „człowiek, który usiłuje uczynić ze swojego życia »łatwą komedię«, nierzadko przekonuje się, iż nagle jego życia przemienia się w bolesną i nieznośną tragedię” (ks. J. Augustyn).

Słowa Jezusa są wypowiedziane w jakimś sensie w naszym imieniu. Jezus wie, że jesteśmy słabi. Ogrójec jest w gruncie rzeczy ogrodem trwogi każdego z nas. Tylko św. Jan nazywa to miejsce „ogrodem” i powtarza to słowo pod koniec opisu męki. Ewangelista nawiązuje do raju, do ogrodu Eden. Tam człowiek zdradził Boga, wybrał drogę buntu, która kosztowała go morze cierpień, potu, łez i krwi. W ogrodzie Pasji dokonuje się odwrócenie tego trendu. Posłuszeństwo Jezusa kosztowało Go morze cierpień, potu, łez i krwi. Ale On, przechodząc przez to wszystko, otwiera nam drogę ocalenia. Chwyta nas za rękę i przeprowadza przez ciemną dolinę ku paschalnemu wyzwoleniu. Nie ominie cię ani smutek, ani samotność, ani lęk, ani pokusa ucieczki. To pewne. Ale Chrystus, tak ludzki, tak bliski Bóg, On jedynie może cię przeprowadzić przez środek tego wszystkiego na drugą stronę. Tylko razem z Nim możesz powiedzieć Ojcu: „nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Tylko z Nim.

Kazanie pasyjne 2 - Zdradzony i oskarżony

Oto nadszedł Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim wielka zgraja z mieczami i kijami, od arcykapłanów i starszych ludu. Zdrajca zaś dał im taki znak: „Ten, którego pocałuję, to On; Jego pochwyćcie!”. Zaraz też przystąpił do Jezusa, mówiąc: „Witaj Rabbi!”, i pocałował Go. A Jezus rzekł do niego: „Przyjacielu, po coś przyszedł? Wtedy podeszli, rzucili się na Jezusa i pochwycili Go.

Mt 26,47-50

Wtedy wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli.

Mt 26,56

Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić. Lecz nie znaleźli, jakkolwiek występowało wielu fałszywych świadków. W końcu stanęli dwaj i zeznali: „On powiedział: »Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować«”. Wtedy powstał najwyższy kapłan i rzekł do Niego: „Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?”. Lecz Jezus milczał. A najwyższy kapłan rzekł do Niego: „Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?”. Jezus mu odpowiedział: „Tak, Ja Nim jestem. Ale powiadam wam: Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich”. Wtedy najwyższy kapłan rozdarł swoje szaty i rzekł: „Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?”. Oni odpowiedzieli: „Winien jest śmierci”. Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: „Prorokuj nam, Mesjaszu, kto Cię uderzył?”.

Mt 26,59-68

Byliśmy z Jezusem w Getsemani. Dziś jesteśmy z Nim, gdy zdradza Go Judasz i osądzają przedstawiciele narodu wybranego. 

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Powtarzamy to zdanie, myśląc najczęściej o swoich krzywdach. Historia pełna jest wyroków, które nie mają wiele wspólnego ze sprawiedliwością, są często jej karykaturą. Ludzie skrzywdzeni tracą dobre imię, często majątek, wolność, nieraz i życie. Repertuar tego, do czego zdolne są ludzka małość, zawiść, podłość, może przerażać. Zło lubi występować w przebraniu. Stroi się w piórka sprawiedliwości, postępu, nowoczesności, działania na rzecz dobra ludzkości.

Zanim spojrzymy na proces Jezusa, warto uczciwie przyznać, że bywamy po obu stronach. Każdy z nas stał się zapewne nieraz ofiarą niesprawiedliwości, władzy silnych, którzy nie liczą się ze słabymi. Znacznie trudniej zobaczyć siebie po przeciwnej stronie. Uznać, że to ja osądzam, krzywdzę, skazuję innych. Czyli osądzam i Tego, który powiedział: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili”.

Judaszu, przyjacielu!

Po modlitwie trwogi w Ogrójcu wydarzenia nabierają tempa. Zło jest coraz bardziej aktywne, silne, triumfujące; dobro bierne, poddające się, przegrywające. Tajemnicza jest logika Chrystusowej męki. Pętla na szyi Jezusa zaciska się. Kolejne zdania w opisie męki Pańskiej brzmią jak ciosy zadawane Chrystusowi. W tym momencie to jeszcze bardziej ból duchowy niż fizyczny. Judasz, jeden z Dwunastu, obdarza swojego Mistrza pocałunkiem, który jest jak ukąszenie. Jak reaguje Jezus? Pyta go: „Przyjacielu, po coś przyszedł?”. Uderza bezbronność miłości, która jako tarczę obronną ma tylko jedno czułe słowo: „Przyjacielu”.

Dramat Judasza uczy, że można być bardzo blisko Boga, a jednak się z Nim rozminąć. Możemy spekulować, co kierowało zdrajcą? Chciwość, kompleksy, pragnienie odegrania jakiejś większej roli, utrata wiary, rozczarowanie, zwykła podłość? Nie sądźmy, że jego los był jakąś rolą odgórnie wyznaczoną, koniecznością w dramacie krzyża. Nic z tych rzeczy. Żaden człowiek nie jest marionetką w ręku Boga. Judasz sam wybrał zło. Wolność jest czymś realnym. Człowiek może opowiedzieć się przeciwko Bogu.

Zdrada bywa i naszym wyborem. Zyskujemy za nią 30 srebrników, za które kupujemy byle co: chwile tandetnej rozrywki, grzesznej przyjemności, przynależność do silnych, poklepanie po plecach przez lokalnego ważniaka, kilka chwil sławy, uznanie w środowisku… Zdrada w małżeństwie, w kapłaństwie, w przyjaźni, w powierzonej nam misji czy odpowiedzialności za innych. Ciągle na nowo sprzedajemy Boga za kilka nędznych groszy, które potem ze łzami odrzucamy, bo one nie mogą dać szczęścia.

„Przyjacielu, po coś przyszedł?”. Brzmią w uszach te słowa. Jezus nie kpi. On nie przestał być przyjacielem Judasza. Jesteś przyjacielem Boga także wtedy, gdy grzeszysz, zdradzasz, stajesz po złej stronie. Chrystus umarł na krzyżu także za ciebie, Judaszu. Najgłębszym dramatem nie była zdrada, ale zamknięcie się na Boże miłosierdzie, niewiara w przebaczenie. Psychologicznie to łatwe do zrozumienia. Ile razy czujemy się tak podle, że zaczynamy pogardzać sobą i nie mamy już siły wracać do konfesjonału? Poczucie wstydu, upokorzona duma, chora ambicja – szatan gra na tych emocjach swój diabelski menuet, tak by nas zepchnąć w otchłań rozpaczy. „Przyjacielu…” – usłyszeć wtedy ten głos. Zaufać nie sobie, lecz Jemu. W tym jest ratunek dla Judasza, który mieszka w każdym z nas.

Parodia sądu

Jezus opuszczony przez swoich, pochwycony przez zgraję z mieczami i kijami, zostaje doprowadzony przed Sanhedryn, czyli Wysoką Radę. W jej skład wchodziły trzy frakcje: kapłani, starsi i uczeni w Piśmie. Była to najważniejsza żydowska instytucja religijna, zbierała się w Jerozolimie przy świątyni, na jej czele stał arcykapłan. W czasach Jezusa tę rolę pełnił Kajfasz. Według relacji św. Jana, Jezusa przesłuchiwał także Annasz, jego poprzednik, który cieszył się widocznie sporym autorytetem. Przesłuchanie Jezusa odbywało się w nocy.

Ten sąd był parodią sądu. Kajfasz już wcześniej postanowił, że Jezusa trzeba zgładzić. Ale pozory sprawiedliwości muszą być zachowane. Pojawiają się fałszywi świadkowie. Sędziowie nie szukają prawdy, są zaślepieni własną wizją religii, lękiem o siebie, nienawiścią. Jezus zbyt często kwestionował ich „sprawiedliwość”, obnażał dwulicowość, piętnował zakłamanie. Teraz pora się z Nim policzyć. Mechanizm, który nakręcał tych skądinąd pobożnych ludzi do skazania na śmierć niewinnego człowieka, znakomicie opisuje fragment z Księgi Mądrości. To jakby skanowanie umysłu tych, którzy nie potrafią znieść kogoś, kto swoją świętością kwestionuje ich samych. „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Bożym. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem. (…) Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony” (Mdr 2,12-20). Takie myśli musiały kłębić się w głowach arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych. Takie myśli, przyznajmy to szczerze, mogą pojawić się i w nas.

Dlaczego dobro, czystość, szlachetność, uczciwość, pokora, bezbronność… wywołują aż taki sprzeciw, agresję posuniętą do chęci zniszczenia, fizycznej eliminacji człowieka, który odznacza się tymi cechami? Jakaś zadra, ciemność musi tkwić w naturze człowieka. Jakiś przedziwny odruch obronny zła, które nieraz usadowi się w nas bardzo głęboko i nie chce dać się wygnać. Przeczuwał to już Platon, który uważał, że człowiekowi sprawiedliwemu na tym świecie zawsze będzie działa się krzywda. Pisał 400 lat przed Chrystusem: „powiedzą zatem, że sprawiedliwy w tych okolicznościach zostanie ubiczowany, torturowany, związany, że wypalą mu oczy i że wreszcie po tych wszystkich mękach zostanie ukrzyżowany”. Słowa brzmią jak proroctwo. Ten diaboliczny mechanizm deptania słabego dobra przez, jak się wydaje, wszechpotężne zło wciąż ma się dobrze w naszym świecie.

Napluć Bogu w twarz

Reakcją Jezusa na fałszywe oskarżenia jest pełne godności milczenie. Odpowiada dopiero wtedy, gdy pada pytanie „Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?”. Mówi: „Tak, Ja Nim jestem”. Nie może milczeć. Chodzi bowiem o świadectwo dotyczące istoty Jego Osoby i Jego misji. Prawda musi zostać wypowiedziana, jest prawdą niezależnie od ludzkich ocen. Wierność prawdzie ma jednak zawsze swoją cenę. Jezus wie, że podpisuje na siebie wyrok śmierci.

Św. Ignacy z Loyoli zachęca, aby kontemplując mękę Pańską, „rozważyć, jak Bóstwo się ukrywa” w osobie Jezusa. Sąd nad Jezusem nie jest tylko jednym z tysięcy niesprawiedliwych ludzkich osądów, w których gnoi się uczciwego człowieka. Rzecz rozgrywa się na poziomie znacznie głębszym. Człowiek dokonuje tutaj sądu nad Bogiem. „Zbluźnił. Na cóż nam jeszcze potrzeba świadków? Oto teraz słyszeliście bluźnierstwo. Co wam się zdaje?” – woła arcykapłan i rozrywa w teatralnym geście szaty zgodnie z przepisami prawa. Nie pozwolimy, aby Bóg przychodził do nas w ten sposób, by nam wywracał kult świątynny, by dokonywał rewolucji sumień, by przebaczał tak łatwo grzesznikom, kwestionował społeczny porządek, negował nasze zwyczaje i naszą pobożność. My wiemy lepiej, jaki jest Bóg, jak powinien przemawiać, działać i objawiać się.

Ten dramat wciąż trwa. W Jezusie sam Bóg wydaje się ludzkiemu osądowi. Mojemu osądowi. Zobaczyć niepojętą pokorę Boga, Jego bezbronność, kruchość. Miłość działa w ten sposób. Jej moc jest ukryta w słabości. Tylko ona może mnie nawrócić, ta miłość. Zobaczyć jak w lustrze siebie. Kim ja jestem, kim siebie czynię, skoro uważam siebie za arcykapłana, który chce być mądrzejszy niż Bóg? Zawstydzić się, że tyle razy skazuję Boga na śmierć, depcząc słabszych, mniej zdolnych, dołączając do grona szyderców.

„Wówczas zaczęli pluć Mu w twarz i bić Go pięściami, a inni policzkowali Go i szydzili: »Prorokuj nam, Mesjaszu, kto Cię uderzył«?”. Skrywana dotąd nienawiść daje teraz swój upust. Teraz czują się już silni, mogą kopać leżącego. Rechot i szyderstwo poprawia samopoczucie, razem łatwiej bić słabego. Można napluć samemu Bogu w twarz. Jezus stoi od wieków po stronie wszystkich pokrzywdzonych, spałowanych, wyśmianych, sponiewieranych, prześladowanych za prawdę, za wiarę, za to, że chcieli być sobą.

W tym samym momencie na dziedzińcu, parę metrów dalej, najbliższy uczeń wyrzeka się Jezusa. Wywiesza białą flagę: „Nie znam Go”. Nie chce znać tak słabego Boga. Jest rozdarty, bo przecież w głębi serca kocha Jezusa, ale w tej chwili Go absolutnie nie rozumie. Nie chce zgodzić się na krzyż.

W którym miejscu jestem w tych scenach? Ja – Judasz, ja – arcykapłan, ja – sługus policzkujący Jezusa, ja – Piotr? Panie, niech spojrzenie w Twoją posiniaczoną, oplutą twarz pomoże mi zobaczyć, gdzie jest prawda i gdzie miłość. Pomóż mi zapłakać nad sobą, tak jak Piotr. Niech Twoje znieważone oblicze stanie się zwierciadłem, w którym zobaczę swój obraz bez retuszu i zrozumiem, że na dnie mojego upadku czekasz na mnie ze swoją miłością. Chcę stanąć po Twojej stronie.

Trzecie kazanie pasyjne_Bezbronna prawda

Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: „Czy Ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”. Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił?”. Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd”. Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś królem?”. Odpowiedział Jezus: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. Rzekł do Niego Piłat: „Cóż to jest prawda?” To powiedziawszy, wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: „Ja nie znajduję w Nim żadnej winy. Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego?”. Oni zaś powtórnie zawołali: „Nie tego, lecz Barabasza!”. A Barabasz był zbrodniarzem. 

J 18,33-40

Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: „Oto Człowiek”. Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!”.

J 19,5-6

Piłat rzekł do nich: „Czyż króla waszego mam ukrzyżować?”. Odpowiedzieli arcykapłani: „Poza cezarem nie mamy króla”. Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano.

J 19,15-16

Byliśmy z Jezusem w Getsemani, tydzień temu rozważaliśmy zdradę Judasza i sąd Sanhedrynem. Dziś chcemy przysłuchać się rozmowie Jezusa z Piłatem.

Powtarzamy w Credo „ukrzyżowany również za nas pod Poncjuszem Piłatem”. Co ten człowiek robi w wyznaniu wiary? Czy jest aż tak ważny, że musimy co niedziela wspominać jego imię w kościele? Piłat jest postacią historyczną. Był rzymskim namiestnikiem Judei w latach 26–37. Religijne władze żydowskie, które oskarżyły Jezusa o bluźnierstwo, nie mogły samodzielnie wydać ani wykonać wyroku śmierci. Takie uprawnienia miały okupacyjne władze Rzymu. Dlatego właśnie Piłat przesłuchiwał Jezusa i podpisał wyrok śmierci. Wspomnienie tego rzymskiego urzędnika w wyznaniu wiary podkreśla historyczność wydarzenia. To coś jakby powiedzenie: „sprawa numer…, łamane przez…, w tym konkretnym sądzie, wtedy a wtedy…”. Nie opowiadamy tu bajek, ale historię.

W postaci Piłata jest jednak także, jak w każdym bohaterze Ewangelii, coś uniwersalnego, symbolicznego. Przeciętny urzędnik średniego szczebla, drżący o swój stołek, chcący przetrwać w swojej niewdzięcznej roli, nie do końca podły czy ślepy, próbujący zachować sprawiedliwość lub przynajmniej jej pozory, a przecież na tyle wystraszony, że ostatecznie gotów poświęcić dla swojej mizernej kariery życie niewinnego człowieka. Piłat w jakimś stopniu jest w każdym nas. Nieraz dobrze zamaskowany. „Umywam ręce” – czy nie zdarzyło ci się powtórzyć tego gestu w jakiejś trudnej sytuacji? Od czego, od kogo chcesz trzymać się z daleka? Są chwile, w których zachowanie neutralności jest niemożliwe. Nie da się stanąć z boku, trzeba się opowiedzieć. Moralny kompromis najczęściej staje się moralną kompromitacją, mycie dłoni teatralnym gestem, który maskuje podłość. Tylko kogo chcę oszukać?

Piłat mógłby dziś uchodzić za patrona agnostyków. Zachowanie neutralności wobec pytania o Boga to postawa modna. Jak powiadają jej zwolennicy – intelektualnie uczciwa. Hm, powiedziałbym raczej bezpieczna. Człowiek nie naraża się ani wierzącym, ani wojującym ateistom. Powiada: „nie wiem”, „umywam ręce”. Jednak pytanie o Boga dopadnie nas prędzej czy później. W gruncie rzeczy nie ma dla człowieka ważniejszej kwestii. Bóg nie jest jednak prawdą teoretyczną, jest najbardziej praktyczną ze wszystkich prawd. Ostatecznie nie chodzi o stosunek do idei, ale do Osoby. Bóg pojawia się w naszym życiu nie tyle jako kwestia filozoficzna (jest czy Go nie ma), On się objawia twarzą w twarz w różnych sytuacjach jako tajemnica, zaproszenie (pytanie brzmi raczej: „czego Bóg ode mnie oczekuje?”). To nie jest wyzwanie dla rozumu, ale dla życia! Tego właśnie doświadczył Piłat. Ucieczka od odpowiedzi jest wyborem przeciwko Bogu i w ostateczności także przeciwko sobie, jest rezygnacją z wielkości człowieczeństwa.

Piłat nie był na tyle zepsuty, by nie dostrzec światła, które biło od Jezusa. Dlatego się szarpał, kluczył, manewrował. Czuł podskórnie, że w spotkaniu z tym dziwnym żydowskim Rabbim to nie tyle on rozstrzyga o cudzym losie, ale o wiele bardziej decyduje się jego własny los. Chciał ocalić wszystko: posadę, łaskę cesarza, uznanie ludu, poczucie sprawiedliwości i życie niewinnego. Ale tak się nie da. Nie można służyć Bogu i mamonie, dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Dlatego Piłat przegrał. Jego klęska pokazuje dobitnie, że agnostycyzm prędzej czy później kończy się moralną klęską. To nie jest postawa etycznie neutralna, skoro prowadzi do niszczenia innych dla ratowania siebie.

            Piłat pyta Jezusa o to, czy jest królem. Jest w tym pytaniu raczej ironia niż ciekawość czy zdumienie. Namiestnik ma władzę, czuje się silny. Bezbronny więzień nie może mieć żadnej realnej władzy. Jeśli uważa się za króla, znaczy to, że jest kolejnym szaleńcem czy marzycielem uważającym się za Bóg wie kogo. Takich nigdy nie brakuje.

            Posłuchajmy uważniej tego dialogu. Co Jezus odpowiada Piłatowi? „Czy to mówisz od siebie czy inni powiedzieli ci o Mnie?”. Pan dobiera się od razu do serca namiestnika. Usiłuje sprowadzić rozmowę z poziomu urzędowego, rutynowego przesłuchania na poziom ludzkiej rozmowy, spotkania. Piłacie, powiedz coś od siebie, nie traktuj mnie jak kolejnej sprawy do odfajkowania. Kim ty właściwie jesteś? Marionetką czy kimś wolnym? Funkcjonariuszem czy człowiekiem? Zobacz, że rola którą teraz odgrywasz, to nie jesteś naprawdę ty. Odpowiedź Piłata: „Czy ja jestem Żydem? (…) Coś uczynił?”. Namiestnik zdradza pewną nerwowość, podnosi gardę, przechodząc w oficjalny ton. W tym samym duchu, tylko ostrzej, rzuca: „Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzę Ciebie ukrzyżować?”. Ile razy słyszeliśmy tekst w tym stylu z ust mających władzę: „ja mogę to panu/pani załatwić, ale też mogę pana/panią załatwić, rozumiemy się”. Jezus nie zraża się, walczy o duszę Piłata: „Królestwo moje nie jest z tego świata”, „Na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. Co na to Rzymianin? Przestaje być na chwilę urzędnikiem, narzuca na siebie płaszcz sceptycznego filozofa: „Cóż to jest prawda?”. Nie dajmy się zwieść. Tu nie chodzi o żadną zadumę, to zwykła ściema, ucieczka od głosu sumienia, od prawdy o swoim życiu w banalną „złotą myśl” udającą intelektualną głębię.

            „Rozmowa z Jezusem może uczynić człowieka autentycznym, wolnym od wszystkich absurdalnych lęków, które w jednej chwili stają się po prostu śmieszne. Jezus umiera, aby także Piłatowi objawić, co jest drogą wyjścia. Jest nią wyzwalająca rozmowa, którą Jezus chce przeprowadzić z każdym z nas. Jedynym rozwiązaniem dla Piłata było stanąć przed Jezusem na poziomie brata i rozmawiać z Nim” (kard. Carlo Martini).

            Człowiekowi niełatwo jest zrezygnować z rozmowy z pozycji siły. A Bóg robi dokładnie tak. Wyrzeka się swojej władzy, siły, potęgi, mocy. Nie rozmawia z  nami z wyżyn swojej Boskości, przeciwnie – przychodzi jako ktoś zależny od nas. Jeśli Jezus w rozmowie z Piłatem zgadza się na tytuł „króla”, to czyni tak dlatego, że jest związany, bezbronny, słaby, ubiczowany i z koroną z cierni. Bóg godzi się na to, że człowiek może zrobić z Nim, co chce, także zranić i odrzucić. Tak, Bóg chce władać naszymi sercami, chce być naszym królem, ale w ten jeden jedyny sposób, przez miłość. Jesteś zaproszony do przyjaźni z tym słabym królem, którego królestwo nie rządzi się regułami tego świata. Dlaczego tak trudno zdobyć się Piłatowi i nam na taką wyzwalającą rozmowę? Ponieważ nauczyliśmy się twardych reguł gry, walki o swoje, od dziecięcego placu zabaw po polityczno-biznesowe salony czy internetowe fora. Wolimy być po stronie mocnych, wygrywających. Ale czy ta podatność na zranienie, ów brak zasłony, bezbronność, ta całkowita przejrzystość nie są właśnie koronnym argumentami za prawdą, którą jest Chrystus? Bóg, Jego Prawda i Miłość,  rozbłyskuje w umęczonej, skrwawionej twarzy Jezusa, w Jego męce i krzyżu.

            Raz jeszcze kard. Martini. „Rozmawiaj ze Mną – zaprasza Pan. – Daj się wyzwolić. Dobrze wiesz, że w każdej chwili może ci się przytrafić coś, co cię doprowadzi do zdeptania bliźniego w obronie świata, który sobie zbudowałeś; co cię doprowadzi do sytuacji bez wyjścia i bez możliwości naprawienia błędu”.

Rozmowę Piłata z Jezusem można rozpatrywać także jako spotkanie niewoli i wolności. Wydaje się, że skazaniec jest kimś pozbawionym wolności, a wolny jest sędzia. W istocie jest dokładnie odwrotnie. Jezus zostawił cały swój lęk w Getsemani, oddał go Ojcu, dlatego teraz patrzy prosto w oczy swoim oskarżycielom. To Piłat, przekonany, że tak wiele od niego zależy, okazuje się niewolnikiem własnego strachu, obawy o stanowisko, o opinię innych. Boi się ryzyka. Dobro jawi się w życiu zawsze jako wybór trudniejszy, wymagający odwagi. Piłat dokładnie wiedział, gdzie leży prawda, ale zabrakło mu odwagi, by pójść za głosem sumienia.

Przypomina się scena z filmu „Ludzie Boga” ukazująca autentyczne wydarzenie. Do klasztoru mnichów w Tibhirine w Algierii pukają terroryści. Ich szef żąda lekarstw, grożąc śmiercią. Celując karabin w stronę przełożonego, mówi: „Nie masz wyjścia”. Odpowiedź zakonnika: „Zawsze mam wyjście”. Kto tu jest prawdziwie wolnym, a kto niewolnikiem? Całkowite przylgnięcie do Chrystusa-Prawdy powoduje, że niczego nie muszę się bać, jestem wolny. „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32). Przy czym nie chodzi tu o poznanie prawdy tylko intelektem, chodzi o wybór egzystencjalny, o pójście za prawdą. Jan Paweł II: „Wolność w pełni jest dowartościowana jedynie poprzez przyjęcie prawdy: w świecie bez prawdy wolność traci swoją treść, a człowiek zostaje wystawiony na pastwę namiętności i uwarunkowań jawnych lub ukrytych”. 

Co ci przeszkadza być wolnym? Jakie obawy, namiętności, chore przywiązania do czegoś lub kogoś powodują, że stajesz się niezdolny do uczciwego życia, a gotowy na niszczenie innych? Ktoś napisał tak: „Prawda jest jak maleńkie światełko, światełko naszego sumienia… Podobne jest do oczu dziecka, do śpiewu ptaka, do delikatnego kwiatu. Jesteśmy jednak często zbyt zajęci, by je dostrzec, zbyt zalęknieni, by je słuchać czy je widzieć… Stajemy się niewolnikami naszych lęków i uprzedzeń niewolnikami woli innych. Możemy trzymać na uwięzi tego króla miłości i prawdy, który w nas jest”.  

Panie, niech Twoje rany będą moim uzdrowieniem. Zabierz moje lęki i fobie, przywróć mi wolność, do której mnie wzywasz. Nie chcę być Piłatem!

Kazanie pasyjne 4_ Ciało jest i jest, i jest

Wtedy Piłat, chcąc zadowolić tłum, uwolnił Barabasza, Jezusa zaś kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie. Żołnierze zaprowadzili Go na wewnętrzny dziedziniec, czyli pretorium, i zwołali całą kohortę. Ubrali Go w purpurę i uplótłszy wieniec z ciernia, włożyli Mu na głowę. I zaczęli Go pozdrawiać: „Witaj, Królu Żydowski!”. Przy tym bili Go trzciną po głowie, pluli na Niego i przyklękając, oddawali Mu hołd. A gdy Go wyszydzili, zdjęli z Niego purpurę i włożyli na Niego własne Jego szaty.

Mk 15,15-20

A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: „Oto wyprowadzam Go do was na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy”. Jezus więc wyszedł na zewnątrz, w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: „Oto Człowiek”. Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!”.

J 19,4-6

„Jezusa kazał ubiczować”. Szydercza wyobraźnia dokłada jeszcze koronę cierniową. Ciało spływa krwią. Ból trudny do wyobrażenia. „Przypatrz się, duszo, jak cię Bóg miłuje”. „Żal mi, ach żal mi ciężkich moich złości, dla Twej mi­łości”. Stare, mądre Gorzkie Żale dają właściwą perspektywę.

            Film Mela Gibsona „Pasja” razi naturalizmem. Scenę biczowania trudno wytrzymać. Człowiek odruchowo odwraca głowę, zamyka oczy. A przecież to musiało być właśnie tak. Rany Chrystusa nie są metaforą, one były prawdziwe.

Czy można spokojnie rozmyślać, patrząc na katowanego człowieka? Czy słyszeliście kiedyś ludzi wyjących z bólu, którym nie da się pomóc? W obliczu cierpienia zaczyna brakować słów. W głowie pojawia się więcej niespokojnych pytań niż odpowiedzi. „Są chwile, kiedy cierpienie przekracza miarę. Wtedy sieje spustoszenie” – zapisał Andrzej Szczeklik, lekarz myśliciel. Jak sobie z tym poradzić? Cierpienie powoduje nierzadko, że ludzie rzucają twarde „nie” Bogu. Gdzie szukać światła? Wiara podpowiada, by wbrew wszystkim „nie” spojrzeć ufnie ku „Głowie pełnej krwi i cudów” (pieśni pasyjna). Tam jest nadzieja.

Człowiek jest kreatywny

            Biczowanie było u Rzymian dodatkową karą, którą wymierzano skazanym na śmierć. Tak piszą o tym Marek i Mateusz. Pozostali ewangeliści wskazują, że Piłat chciał poprzestać na biczowaniu i uwolnić Jezusa. Ta tortura była okrucieństwem trudnym do wyobrażenia. Ilość razów zależała od fantazji katów. Prof. Władysław Sinkiewicz, lekarz kardiolog, jest autorem medycznej analizy cierpień Jezusa. Zwraca uwagę, że Jezus między czwartkiem a piątkiem był przesłuchiwany, a resztę nocy spędził w lochu. Jego organizm musiał być już osłabiony, chociażby przez odwodnienie. Całun Turyński pokazuje 121 ran po biczowaniu. Ofiara była przywiązana do kolumny w pochyleniu, razy zadawane przez dwie osoby padały na plecy, klatkę piersiową, szyję, kończyny. Bicze były zakończone metalowymi kulkami lub kośćmi zwierzęcymi. Wyrywały więc kawałki ciała, sięgając do kości. Między każdym żebrem przebiegają nerw, żyła i tętnica. Biczowanie powodowało zatem potworny ból, utratę krwi. Uderzenia mogły spowodować pourazowe zapalenie płuc lub opłucnej. „Przywilejem” Chrystusa było koronowanie cierniem. Szyderstwo, ale także kolejny fizyczny ból. Korona miała kształt czepca opasującego całą głowę. Całun pokazuje 13 przekłuć głowy z przodu i 20 z tyłu, nie pokazuje tych z boków. W sumie mogło ich być około 50. Mogło dojść do uszkodzenia gałązek nerwu trójdzielnego, co powoduje jeden z najbardziej trudnych do zniesienia bólów. Policzkowanie nie było uderzeniem ręką, ale trzciną lub kijem. Całun pokazuje przerwane łuki jarzmowe, złamany nos, ranę idącą od nosa do oczodołu, z krwiakiem uniemożliwiającym widzenie, pękniętą żuchwę. Twarz była więc zmasakrowana i prawdopodobnie Chrystus widział tylko na jedno oko.

Oczywiście można wyobrazić sobie tortury jeszcze bardziej wyrafinowane. Pod tym względem człowiek potrafi być bardzo kreatywny. Czy zauważyliście, jak wiele we współczesnym kinie jest scen przemocy, okrucieństwa, ile przerażającego naturalizmu? Cierpienie i śmierć jako element rozrywki, nieustającego show. Także w mediach, w internecie coraz więcej scen tortur, przemocy, zabijania, martwych ciał. Wszystko dosłownie, bez osłonek, bez szacunku dla ofiar. Co się z nami dzieje? Skąd ta chora fascynacja bólem?

„Ciało jest bolesne,/ jeść musi i oddychać powietrzem, i spać,/ ma cienką skórę, a tuż pod nią krew,/ ma spory zasób zębów i paznokci,/ kości jego łamliwe, stawy rozciągliwe./ W torturach jest to wszystko brane pod uwagę” – pisze Wisława Szymborska („Tortury”). „Nic się nie zmieniło./ Chyba tylko maniery, ceremonie, tańce./ Ruch rąk osłaniających głowę/ pozostał jednak ten sam./ Ciało się wije, szarpie i wyrywa,/ ścięte z nóg pada, podkurcza kolana,/ sinieje, puchnie, ślini się i broczy”. Dusza może wędrować, ale „ciało jest i jest, i jest/ i nie ma się gdzie podziać”.

Historię ludzkości można ukazać jako niekończące się nigdy morze boleści. Są w nim cierpienia niezawinione: choroby, wypadki, nieuchronny proces starzenia, śmierć. Są cierpienia zawinione, zadane świadomie innym. Fizyczny ból redukuje człowieka do ciała, zęba, głowy, kończyny, narządu. „Ciało jest i jest, i jest”. Krzyk cierpiących wciąż unosi się z ziemi ku niebu. „I nie ma się gdzie podziać”. Chrześcijaństwo odpowiada z pokorą, ale i głębokim przekonaniem: „jest gdzie się podziać”. Można pójść pod krzyż Chrystusa. Tam widać więcej.

„Jestem” – mówi płonące ciało

Mówi się, że cierpienie uszlachetnia. To nieprawda! Cierpienie może człowieka degradować, niszczyć totalnie jego ciało i duszę. Chyba zbyt łatwo, za szybko, udzielamy „pobożnych” odpowiedzi na pytania o zło i cierpienie. „Widzisz, taki jest ten świat”, „zgrzeszyłeś, więc cierpisz”, „za mało w tobie zaufania Bogu” – takie „złote myśli” przypominają rady przyjaciół Hioba, którzy próbowali być rzecznikami Boga. Jednak ich „kazania” nie niosły pociechy i nie były odpowiedzią Boga. Było w nich za dużo pychy (a może oni sami jeszcze nie cierpieli…). W obliczu cierpienia potrzeba więcej milczenia, pokory, zgody na to, że spotykamy się z tajemnicą, której nie da się tak po prostu wytłumaczyć, zrozumieć.

Dopiero po przejściu progu ciszy i szacunku dla tajemnicy dojrzewamy do przyjęcia odpowiedzi, której udziela Chrystus. W Jego cierpieniu, w Jego ranach, w Jego umęczonym ciele, w Jego krwi… rozbłyskuje światło w ciemności. Imię Boga objawione w płonącym krzewie brzmi JESTEM. W płonącym z bólu ciele Chrystusa wybrzmiewa to samo Boskie JESTEM. Jestem z tobą, z wami. Cierpiący z cierpiącymi. Zraniony ze zranionymi. Krwawiący z krwawiącymi. Nieprzytomny z nieprzytomnymi. Krzyczący z bólu z krzyczącymi z bólu. Torturowany z torturowanymi. Wyszydzony z wyszydzonymi. Solidarny, współcierpiący. JESTEM!

„Mąż boleści, oswojony z cierpieniem (…). Obarczył się naszym cierpieniem, dźwigał nasze boleści” (Iz 53,3-4). Kiedy rozmawiałem z prof. Sinkiewiczem o cierpieniach Jezusa, zdziwiło mnie, jak wiele jest odmian fizycznego bólu. Pomyślałem, że w cierpieniach Chrystusa mieszczą się wszelkie ludzkie cierpienia. Wszystko, co nas boli (fizycznie, psychicznie, duchowo), boli i Jego. Nasze rany są także Jego ranami. W Chrystusie każde ludzkie cierpienie zostało przecierpiane przez Boga, przyjęte i dlatego zbawione. Jego miłość, ciało za nas wydane, krew za nas przelana – to jest odpowiedź Boga. „W Jego ranach jest nasze zdrowie” (Iz 53,5). Nie ma takiego bólu, którego by nie uczynił swoim, by go dźwigać razem z nami. Czyli cierpienie może jednak uszlachetniać? Tak, ale tylko wtedy, gdy jest zjednoczone z Chrystusem. Cierpienie bez Chrystusa może człowieka zdeptać, zetrzeć na proch, cierpienie z Nim może uszlachetniać w najwyższym stopniu, może stać się modlitwą, ofiarą, miłością, drogą do zmartwychwstania.

Cielesność zbawiona

Biczowanie kieruje uwagę na ciało. Bóg przyjął ludzką naturę, a więc także ciało ze wszystkimi tego konsekwencjami. Na ogół myślimy o tej Bożej cielesności (w-cielenie!) w kontekście narodzin Jezusa w Betlejem („owinęła w pieluszki”). Trzydzieści parę lat później ciało Syna Bożego i Syna Maryi było rozrywane na strzępy. Bóg zaznał smaku fizycznego bólu. Cielesność, która jest sama w sobie czymś dobrym, może być też powodem grzechu, może być niszczona przez grzech. Chrześcijańska pobożność zawsze widziała związek między biczowaniem Chrystusa a grzechami związanymi z nadużyciem cielesności.

Dziś akcentuje się mocno tylko jedną stronę cielesności. Ciało piękne, zmysłowe, pociągające, źródło przyjemności i rozkoszy. Maksymalizacja zmysłowych doznań staje się jednym z bożków hedonistycznej kultury. Nie chodzi wcale o to, że seksualna strona cielesności jest czymś złym. Ale często przesłania ona inne aspekty człowieczeństwa. Człowiek zostaje zredukowany do jędrnych piersi, kształtnych pośladków i sprawności seksualnej. Wspomniałem o dziwnej fascynacji popkultury cielesnością doświadczaną przez ból, obok tego pojawia się chorobliwa koncentracja na erotyzmie. Ciało, która ma być narzędziem wyrażania siebie, komunikowania miłości, staje się celem samym w sobie, przesłania człowieka. W przytulających się ciałach, spragnionych rozkoszy, mieszkają przeraźliwie samotni ludzie. Miłość zredukowana do żądzy nie jest miłością. Jest namiastką, podróbką, złudzeniem, które tylko pogłębia zagubienie i samotność, niszczy człowieka, a jego ciało redukuje do towaru wymiennego w egoistycznym handlu nazywanym „miłością”.

Benedykt XVI uczy, że miłość eros (pożądawcza, namiętna, zmysłowa) musi być dopełniona przez miłość agape (bezinteresowna, dająca siebie, skoncentrowana na drugim). „Miejscem” idealnego połączenia eros i agape w jedno jest krzyż. Bóg kocha nas namiętnie, chce nas zdobyć, a jednoczenie daje siebie do końca, aż do ostatniej kropli krwi. Eros Boga jest w pełni agape. Męka Jezusa nie jest tylko lekcją cierpienia. Jest nade wszystko lekcją miłości. Chrystus pokazuje, że w każdej ludzkiej miłości musi być gotowość do dania siebie, do nadstawiania policzka, do przebaczenia, do zwyciężania zła dobrem, do czystości, która oznacza panowanie nad ciałem, nieraz zgodę na wyrzeczenie, rezygnację ze swego. Tylko tak osiąga się prawdziwą ekstazę – wyjście ku innemu, aby stać się z nim jedno, zjednoczyć się naprawdę głęboko, a nie naskórkowo.

Oto Człowiek

Po ubiczowaniu żołnierze urządzili sobie okrutną zabawę. Korona cierniowa, purpurowy płaszcz i berło z trzciny – takie szydercze atrybuty wręczyli temu, który uważa się za króla. „Oto Człowiek” – mówi Piłat ukazując skrwawionego Chrystusa w koronie cierniowej. Na co liczył?

„Oto Człowiek”. Brzmi w tych słowach gorzka prawda o człowieku jako takim. Można je czytać tak: „Oto, do czego zdolny jest człowiek”. Widać tu nieludzki charakter władzy człowieka, która potrafi aż tak deptać bezsilnych. W Jezusie dostrzec można twarze wszystkich udręczonych, tych zatłuczonych na śmierć kijami przez sadystów, ale i tych poniżanych przez eleganckich inteligentów, którzy okładają słabszych i bezbronnych, tyle że nie kijami, lecz słowem – szyderstwami i rechotem w modnych talk-show czy „błyskotliwych” medialnych komentarzach. „W Jezusie odzwierciedla się to, co nazywamy grzechem: jakim staje się człowiek, gdy odwraca się od Boga i we własne ręce bierze panowanie nad światem” (Benedykt XVI).

„Oto Człowiek”. Jest w tych słowach jeszcze coś innego. Udręczony Jezus promieniuje godnością, nie dał się zredukować do kawałka krwawego „mięsa”. W Chrystusie ukrywa się Bóg. I przypomina, że „nawet zbity i poniżony, człowiek nadal pozostaje obrazem Boga. Odkąd Jezus pozwolił się bić, odtąd właśnie poranieni i bici są obrazem Boga, który zechciał za nas cierpieć. Dlatego Jezus pośród swej męki jest obrazem nadziei: Bóg jest po stronie cierpiących” (Benedykt XVI).

Jezu, Mężu boleści, jesteś z nami, gdy cierpimy. Naucz nas łączyć nasz ból z Twoim bólem, tak by cierpienia, które na nas spadają, nie były bezsensowną męczarnią, ale drogą do większej miłości. Pomóż nam dostrzegać Ciebie w twarzach ludzi udręczonych. Ulecz nasze oczy i wszystkie zmysły od egoistycznej żądzy. Obmyj z grzechów związanych z nadużyciem cielesności. Naucz nas kochać tak, jak kocha Bóg, namiętnie i czysto.

 

Kazanie pasyjne piąte: Droga na Golgotę

Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!”.  Łk 23,26-28

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Mk 8,34-35

            Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by mógł człowiekiem się stać? – śpiewał Bob Dylan. Bez wątpienia przez wiele. Wśród nich pojawi się też droga krzyżowa. Prędzej czy później spotkamy krzyż. Choroba, wypadek, niesprawiedliwość, grzech własny lub cudzy, samotność… A może ciężar samego życia, które ułożyło się tak, a nie inaczej. Krzyża nie bierze się na siebie, nie wybiera, on raczej spada na nas, często znienacka. Leci się wtedy bezwładnie, twarzą do ziemi, na zbity pysk.

            Ewangelie nie opisują szczegółowo drogi na Golgotę. Jan poświęca jej tylko jedno lakoniczne zdanie. Chrześcijanie czuli potrzebę modlitewnego towarzyszenia Jezusowi. Tak powstało nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Jest ono czymś więcej niż tylko pobożnym opisem Jego cierpień, upadków i spotkań. Rozważając 14 symbolicznych stacji na tej drodze, widzimy w nich jak w lustrze nasze własne stacje: cierpienia, upadki, spotkania. Rozumiemy, że te dwie drogi: Jego i moja muszą się spotkać. W tym spotkaniu jest nasza nadzieja i nasze zbawienie.

Pomocnik z Bożej łaski

            Krzyżowanie było rzymską karą przejętą od ludów wschodnich. Była to tortura przewidziana dla niewolników, zbrodniarzy, ludzi z prowincji. Chodziło nie tylko o uśmiercenie, ale i o publiczne napiętnowanie. Skazaniec sam niósł na miejsce egzekucji poziomą belkę (patibulum) mierzącą ok. 1,8 metra, która mogła ważyć nawet do 50 kg. Dźwigając ten kawał nieheblowanego drewna, nie mógł amortyzować upadku ani podpierać się ręką, więc każdy upadek powodował ciężkie urazy kolan i twarzy. Jezus zmaltretowany przesłuchaniem, biczowaniem i biciem nie miał żadnych szans donieść samodzielnie krzyża. Świadectwo o wymuszonej pomocy niejakiego Szymona z Cyreny potwierdza tę opinię.

       Szymon został wplątany w tę sprawę przypadkiem. Zwykły człowiek, przechodzień. Miał swój świat, swoje obowiązki i plany na ten dzień. Wracał z pola, pewnie przygotowywał się do świętowania Paschy. Jego droga skrzyżowała się z drogą Jezusa. Przymuszono go, by niósł narzędzie tortur Jezusa na Golgotę. Musiał nieźle się napocić, zabrudzić krwią, poodzierać ręce, wziąć udział w poniżającym widowisku, na co nie miał najmniejszej ochoty. Być może klął pod nosem. Pomocnik z Bożej łaski. Po latach pewnie błogosławił Boga za te chwile. Wiadomo bowiem, że już po Wielkanocy należał razem ze swoimi synami Aleksandrem i Rufusem do wspólnoty chrześcijańskiej. Okazać się przydatnym Bogu to wielka łaska.

            Czasem zostajemy wplątani w los drugiego człowieka bez własnej woli. Dobro wymuszone nie jest dobrem, a jednak Boże plany i Boża logika przerastają nasze wyobrażenia. Nawet przymusowa sytuacja może okazać się błogosławieństwem. Nieraz wydaje się nam, że okazujemy komuś łaskę, poświęcamy się, a tak naprawdę otrzymujemy o wiele więcej, niż daliśmy. Odruchowo uciekamy przed krzyżem, stronimy od słabych, przegranych, wyśmianych, brudnych, od takich, z których nic nie ma. Nie chcemy się brudzić cudzym potem i krwią. Ale takie „ubrudzenie” może okazać się początkiem czegoś wielkiego i pięknego – początkiem przemiany serca, obudzeniem uśpionych pokładów dobra, wrażliwości, współczucia, ofiarności. Więc może lepiej nie szemrać przeciwko Bogu, kiedy wciąga nas w jakąś przegraną, beznadziejną historię. On wie lepiej. Chwile po ludzku przeklęte mogą okazać się błogosławione.

Płaczcie nad sobą

            Jezusowi w drodze na Golgotę towarzyszyły kobiety, które „zawodziły i płakały”. Wschodni zwyczaj nakazywał opłakiwanie zmarłych, ale zakazane było głośne użalanie się nad skazańcem. Być może kobiety złamały ów zakaz i wyrażały w ten sposób swoje przekonanie o niewinności Jezusa. Pan wypowiada swoje ostatnie pouczenie: „Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!”. Dodaje do tego przerażające proroctwo o zniszczeniu Jerozolimy. Słowa, które brzmią bardzo twardo. A przecież sam Jezus zapłakał nad grobem swojego przyjaciela, płakał także nad tragicznym losem, który czeka Jerozolimę. Parę linijek dalej będzie wstawiał się za swoimi oprawcami „przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

            Łzy mogą być formą ucieczki od prawdy. „Wylewamy łzy i czujemy się przez to uwolnieni od winy i odpowiedzialności” – zauważa ks. Jan Twardowski. Przed tym właśnie przestrzega Jezus. On nie odrzucił współczucia niewiast jerozolimskich. Zaprosił je tylko do tego, aby nie poprzestały na emocjach, ale szukały głębszego sensu wydarzeń, które oglądają. To wezwanie pozostaje aktualne. Rozważanie Męki Pańskiej nie powinno zatrzymymać się tylko na uczuciowym uczestnictwie w ludzkich cierpieniach Zbawiciela. Takie współczucie jest czymś wartościowym, ale to za mało. Towarzyszenie Jezusowi na Drodze Krzyżowej musi prowadzić do odkrycia prawdy o sobie, o moim grzechu, o mojej winie. Jezus został skazany i cierpi przeze mnie! Więc ja nie mogę się tylko przyglądać, nie mogę być jedynie widzem, nawet zaangażowanym emocjonalnie, bo jestem częścią tego dramatu. Nawrócenie zaczyna się często od wstrząsu: „Co ja narobiłem?!”. Czasem Bóg pozwala nam zobaczyć przerażające skutki naszych czynów, słów, zaniedbań, głupoty, nieodpowiedzialności. Grzech niszczy, rani, powoduje cierpienie niewinnych, zabija. Krzyż Chrystusa pokazuje, że mój grzech dosięga samego Boga. Przez mój grezch chcę Go przekreślić, wymazać, wyrzucić, zabić.   

Owszem potrzebujemy łez, ale takich, które prowadzą do skruchy, do uderzenia się we własne piersi, do głębokiego żalu za grzechy. Potrzebujemy łez nawrócenia, takich, jakie popłynęły po twarzy Piotra, gdy po zaparciu się Mistrza jego wzrok napotkał cierpiące i nadal kochające oblicze Pana.

Jezus wciąga nas w krzyż

            Jezus wciąga nas w tajemnicę krzyża na poziomie jeszcze głębszym. Zapowiedzi zniszczenia Jerozolimy nie przypadkiem znalazły się w kontekście opisu Męki Pańskiej. Nie przypadkiem Jezus umiera w czasie świąt paschalnych, podczas których zabijano baranki. Świątynia jerozolimska była miejscem kultu Boga i miejscem pojednania. Ale już prorocy Starego Testamentu zwracali uwagę, że krew z cielców i kozłów nie może oczyścić człowieka. Oczekiwano więc jakiegoś nowego kultu. To przeczucie proroków wypełnia się w krzyżu. Jezus – „Baranek Boży” wziął na siebie grzechy świata i zgładził je. „W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą” (2 Kor 5,19) – napisze św. Paweł. Miejsce świątyni jerozolimskiej zajął Chrystus. On sam jest ołtarzem, kapłanem i ofiarą.

Benedykt XVI w „Jezusie z Nazaretu” mocuje się z pojęciem ekspiacji, czyli pokuty, wynagrodzenia za grzechy, wyrównania sprawiedliwości. „Czy Bóg domagający się nieskończonej ekspiacji nie jest Bogiem okrutnym?” – pyta papież. To pytanie raz po raz powraca w historii. Niektórzy teologowie tłumaczyli bowiem sens krzyża w taki sposób: ludzki grzech znieważył nieskończony majestat Boga, dlatego konieczna jest nieskończona ofiara Syna Bożego dla zmycia tej winy. Akcent padał tu bardziej na sprawiedliwość, konieczność wynagrodzenia za zło niż na miłość. Papież nie odrzuca pojęcia ekspiacji, ale je pogłębia. Podkreśla mocno dwie prawdy. Pierwsza: zło jest czymś realnym, nasz grzech rzeczywiście niszczy świat i zaciemnia obraz Boga, nie należy więc tej rzeczywistości lekceważyć. Druga prawda: kluczem jest miłość. „Nie jest tak, że okrutny Bóg domaga się czegoś nieskończonego. Jest dokładnie odwrotnie. Sam Bóg czyni siebie miejscem pojednania i w swoim Synu bierze na siebie cierpienie. Sam Bóg ofiarowuje światu w darze nieskończoną czystość”. „Gdzie świat z całą swą niesprawiedliwością i z wszelkim okrucieństwem dotyka nieskończenie Czystego, tam On, Czysty jest równocześnie mocniejszy. Poprzez ten kontakt brud świata jest prawdziwie wchłonięty, zniweczony, przemieniony przez nieskończoną miłość” (Benedykt XVI).

Przypomina się Weronika. Milczą o niej Ewangelie. Ale ta postać, nawet jeśli tylko symboliczna, wyraża to, o czym teologicznym językiem mówił papież. Chrystus niszczony przez zło, przez mój grzech, opluty, pobity, wyszydzony, dotknięty nieludzkim okrucieństwem zachowuje Twarz jaśniejąca pięknem. To piękno nieskończonej miłości. Chusta Weroniki pozostaje symbolem takiego przeżywania krzyżowej drogi, które zostawia głęboki ślad głębszy niż wzruszenie. Nieść w sobie, w swoim sercu, w sumieniu Twarz Chrystusa, pieczęć Jego Miłości silniejszej niż zło. Stawać się podobnym do Niego. Pięknym Jego pięknem.

Jezus idzie uliczkami Jerozolimy, idzie ulicami naszego świata, mija nas, przechodniów. Wciąga w tajemnicę swojego krzyża, bo w Nim dokonuje się nasze zbawienie, pojednanie z Bogiem, oczyszczenie z grzechów. „Pójdź za mną”, mówi Pan zmierzający na Golgotę. Weź swój krzyż, swój grzech, swoje cierpienie. Idź po moich śladach. Ja ci pomogę wytrwać w posłuszeństwie Bogu, w wierności. Ja cię nauczę miłości, która jest do końca. Razem ze mną powstaniesz ze wszystkich upadków. Poniesiesz ciężar swojego powołania aż na szczyt. Ze Mną zostaniesz przybity do swojego krzyża. Oddasz Bogu chwałę, staniesz się darem, barankiem ofiarnym, pokonasz zło dobrem. Wygrasz życie. Umrzesz, aby zmartwychwstać.

Kazanie pasyjne 6

Ostatnia deska ratunku

A lud stał i patrzył. Lecz członkowie Wysokiej Rady drwiąco mówili: „Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym”. Szydzili z Niego i żołnierze; podchodzili do Niego i podawali Mu ocet, mówiąc: „Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie”. Był także nad Nim napis w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: To jest Król Żydowski.

Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono, urągał Mu: „Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas”. Lecz drugi, karcąc go, rzekł: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił”. I dodał: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Jezus mu odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”.

Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha.

Na widok tego, co się działo, setnik oddał chwałę Bogu i mówił: „Istotnie, człowiek ten był sprawiedliwy”. Wszystkie też tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały bijąc się w piersi.

Łk 23,35-48

 

Kazanie pasyjne ma jedno zadanie. Zaprowadzić mnie pod krzyż Jezusa, zaprosić do osobistej rozmowy z Ukrzyżowanym. O czym? O wszystkim, co ważne. Więc głównie o sobie, o życiu, kłopotach, grzechach, cierpieniach, ale też o miłości, powołaniu, troskach, bliskich…, o Bogu. Tematów nie braknie. Z góry wszystko wygląda inaczej. Z wysokości Golgoty tym bardziej. Więc warto usiąść pod krucyfiksem, wyciszyć się, wpatrywać się w Miłość w postaci najczystszej. Może zapłakać? Na pewno wsłuchiwać się w to, co chce mi powiedzieć Zbawca zawieszony na drzewie. Jeśli nie w Niedzielę Palmową, nie w Wielki Piątek, to kiedy?

Wracam do obrazu, który zainspirował ten cykl i mu towarzyszy – Maria Magdalena przytulona do krzyża. Przypomina mi się bł. Jan Paweł II trzymający słabymi rękami krucyfiks w swój ostatni Wielki Piątek podczas Drogi Krzyżowej. To była najpiękniejsza katecheza o krzyżu, choć bez jednego słowa. Wracam do słów, od których zaczęliśmy. Aby usłyszeć, co mówi krzyż Chrystusa, trzeba zrobić to, co Maria Magdalena i Jan Paweł II. Chwycić się tego Drzewa jak ostatniej deski ratunku. Przylgnąć doń ze swoimi grzechami, z cierpieniem, z samotnością, z ciężarem powołania, wszystkim, co w tobie wyje, krwawi, co tkwi w sercu jak zadra… Przeżywać „udrękę serca z Chrystusem udręczonym” (św. Ignacy). Odnaleźć siebie na nowo u stóp Ukrzyżowanego.

Jezus został z „Inką” do końca

            Zostawmy szczegóły dotyczące cierpień związanych z konaniem na krzyżu. Niech wystarczy tylko to, co napisał żydowski historyk Józef Flawiusz, że ukrzyżowanie było „najbardziej wstrętną ze śmierci”. Jezus cierpiał nie tylko okrutny fizyczny ból. Doświadczał także odrzucenia, wyszydzenia, osamotnienia, opuszczenia sięgającego rozpaczy. „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” – to wołanie z samego dna ciemności. Jezus schodzi aż tak nisko. Po nas!

            Pod krzyżem dominują jednak ci, którzy patrzą, ale nie widzą. Nie rozumieją albo nie chcą rozumieć. Loża szyderców jest dość pokaźna. Są wśród nich zwykli przechodnie, są żołnierze wykonujący egzekucję, są religijne autorytety Izraela. Jest także złoczyńca, który kona na sąsiednim krzyżu. Wszyscy wołają do Jezusa w bardzo podobny sposób: „Jeśli jesteś Mesjaszem, Królem, jeśli wybawiałeś innych, jeśli jesteś tym, za kogo się podajesz, udowodnij to teraz!”. To znaczy, pokaż swoją siłę, wybaw siebie samego! Pobrzmiewają tu echa diabelskich propozycji składanych Jezusowi na pustyni.

            Ile razy podobne cyniczne głosy rozbrzmiewały w historii ludzi, którzy płacili najwyższą cenę za wierność, za prawdę, za wolność. Oglądałem kiedyś w telewizji spektakl poświęconego „Ince” – nastoletniej sanitariuszce zamordowanej przez UB w 1946 roku. Tortury, upokorzenia, fałszywe zeznania i oskarżenia, sąd – farsa sprawiedliwości. I natrętny głos ubeka: „Podaj nam tylko kilka nazwisk, a uratujesz siebie”. Milczała do końca, aż do wyroku śmierci i rozstrzelania. Te obrazy wbijają w fotel, wyciskają łzy. A sekundę potem reklama samochodów, makaronu, bielizny… tzw. zwyczajne życie, które zawdzięczamy w dużym stopniu takim ludziom jak „Inka”.

Co to ma wspólnego z krzyżem? Dużo, bardzo dużo. Od wieków powtarza się to samo. Brutalna siła bierze górę nad bezbronnym, słabym, sprawiedliwym i wdeptuje go w ziemię. Czemu Bóg na to pozwala? Trudno myśleć spokojnie o tej scenie: skatowana nastolatka rzeźbi w celi śmierci na ścianie mały krzyż, pod nim swoje imię, odmawia „Ojcze nasz”. Gdzieś w tych rejonach trzeba szukać odpowiedzi. Gdyby Jezus posłuchał pokusy i zszedł z krzyża, zostawiłby „Inkę” i tylu innych, słabych, kopanych, bitych, upokorzonych, niszczonych przez zło, przez cierpienie, tylu umierających, konających także w tej godzinie… Zostawiłby ich samych, w celach śmierci, na łożach boleści, w chwilach agonii, w momentach ostatniego tchnienia. Nie mógł tego zrobić jako człowiek i tym bardziej nie mógł jako Bóg. Nie mógł ich zdradzić. Musiał zostać do końca z „Inką” i ze wszystkimi przegranymi. Słaby ze słabymi. Torturowany z torturowanymi. Samotny z samotnymi. Umierający z umierającymi. Miłość nigdy nie mówi: „tego już za wiele”.

A my wciąż uparcie domagamy się od Boga, by objawił swą siłę. Dokopał wrogom, zniszczył niesprawiedliwość, rozbroił bomby terrorystów, pokonał koronawirusa, uratował z białaczki… No przecież jesteś Mesjaszem, zróbże jakiś cud! Mówiąc tak, dołączam, świadomie lub nie, do grona kusicieli Boga.

Krzyż buntu czy krzyż pokory?

            Nie jestem lepszy, też tak wołam. Ale patrząc na Ukrzyżowanego, zaczynam rozumieć, że muszę się nawrócić. Bóg rozbraja zło inaczej, niż bym tego oczekiwał. Rozbraja je miłością miłosierną. „Dzisiejszy człowiek jest pochłonięty wolą mocy. Jego ideą życiową jest panowanie nad światem i innym człowiekiem. Z »Dzienniczka« św. Faustyny płynie inne przesłanie. Bardziej niż czegokolwiek człowiek potrzebuje miłosierdzia” – pisał śmiertelnie chory ks. Józef Tischner.

            Pod krzyżem są nie tylko szydercy. Jest też garstka tych, którzy przeczuwają sens tego, na co patrzą. Zaczynają odkrywać, że prawda i miłość są po stronie Jezusa. Dobry Łotr woła: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Jego własny krzyż nauczył go pokory, otworzył na krzyż Jezusa. Uznał swój grzech i zdał się na Boże miłosierdzie. Po drugiej stronie na swoim krzyżu wisiał inny grzesznik, który do końca przeklinał swój los i Boga. Pozostał buntownikiem. Chciał zejść z krzyża. Ale jak powiada ks. Tischner: „Kto chce się pozbyć jednego krzyża, na tego w zamian przychodzi dziesięć krzyży jeszcze cięższych”. Dwaj towarzysze Jezusa z Golgoty pokazują dwie możliwości stojące przed człowiekiem. Krzyż, do którego jestem przybijany, może być szansą zobaczenia prawdy i zdania się na miłość Boga, która spływa na mnie z krzyża Chrystusa. Mój krzyż może jednak pozostać tylko powodem buntu, drzewem hańby i beznadziei.

            Pod krzyżem nawraca się setnik, dowódca plutonu egzekucyjnego. Wybaczcie jeszcze jedno skojarzenie z historią „Inki”. Żołnierze wykonujący wyrok strzelali z kilku metrów do dziewczyny i innego AK-owca. „Inka” została tylko lekko draśnięta, zabił ją dopiero oficer strzałem z pistoletu w głowę. Młodzi żołnierze, którzy za butelkę wódki i kilogram kiełbasy zgłosili się na ochotnika do wykonania wyroku, nie wytrzymali czystego spojrzenia nastolatki. Sumienie ruszyło. W każdym człowieku drzemie możliwość przemiany. Jezus umarł za wszystkich, aby dać wszystkim nowe życie. Setnik nie pierwszy raz z pewnością dowodził oddziałem katów. A jednak musiał zobaczyć w konającym Jezusie jakiś blask, nieziemski majestat, może na moment skrzyżowały się ich oczy… Rzymski dowódca, poganin, poddał się sile emanującej z bezsilnego. O czym myślał, kiedy wrócił zmęczony do domu i mył swoje ręce splamione niewinną krwią Jezusa? Czy zaczął nowe życie? Poddał się otrzymanej łasce? Od czego zaczął, z czym zerwał, co postanowił?

Stała Matka boleściwa

„A obok krzyża Jezusowego stały…”. Pisze św. Jan o kobietach. Jako pierwszą z nich wymienia Maryję. Stabat Mater dolorosa (Stała Matka boleściwa) –powie średniowieczna pieśń. Co działo się w sercu Matki patrzącej na umierającego Syna? Słowo „stała” zdaje się nie oddawać głębi tych przeżyć. Zatrzymajmy się przy nim przez chwilę.

Stała, czyli była obecna. Maryja jest tam, gdzie powinna być matka, i tam, gdzie powinna być wierna uczennica. „Stać przy kimś” oznacza być wiernym, wspierać, utożsamiać się z kimś, nie zdezerterować. „Błogosławiona Dziewica szła naprzód w pielgrzymce wiary i utrzymała swe wierne zjednoczenie z Synem aż do krzyża, przy którym nie bez postanowienia Bożego stanęła, najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem” – czytamy w konstytucji soborowej. Miłość to nie zawsze działanie czy słowa. Najważniejsza jest obecność! Współcierpiąca, cierpliwa, wierna do końca. Zjednoczenie z tym, kogo kochamy. Serce przy sercu.

Słowo „stała” wskazuje jeszcze na coś innego. Stała, czyli nie dała się złamać przez cierpienie. Maryja nie rozpacza, nie obwinia, nie pyta, trwa. Jej serce przeszywa miecz, zgodnie z zapowiedzią Symeona. Czy wszystko rozumie? Niekoniecznie. Św. Łukasz zauważa, że Maryja nie zawsze rozumiała swojego Syna (por. Łk 2,50). Wiara oznacza także zgodę na tę ciemność. Nie wszystko musi być dla mnie jasne, nie domagam się od Boga, by się tłumaczył przede mną. Stoję przy Nim nawet wtedy, gdy wydaje się słaby, gdy przegrywa. „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusa? – pyta św. Paweł. – Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?” (Rz 8,35). Maryja stojąca pod krzyżem odpowiada: „Nic nas nie zdoła odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,39). Nic!

Matka boleściwa uczy nas, jak ważna w miłości jest obecność. Patrząc na krzyż bliskich osób, brakuje nam słów, nie wiemy, co zrobić. Jesteśmy bezradni, ale zawsze możemy być obecni, współodczuwać, współcierpieć – tak jak Ona. Maryja stojąca pod krzyżem uczy nas także męstwa w obliczu cierpienia i niesprawiedliwości. Nie bać się, nie odwracać oczu, nie uciekać od krzyża. Rozumieć, że cierpienie jest częścią życia, że bywa próbą naszej miłości, wierności. Stać jak Ona po stronie przegranych, słabych, odrzuconych. Nawet wtedy, gdy inni już dawno uciekli. Jezus mówi i do mnie: „Oto Matka twoja”. Czy chcę zabrać Ją do siebie jak Jan? Ona jest najlepszą przewodniczką po Golgocie.

Kim jestem pod krzyżem Jezusa? Biernym widzem? Żołnierzem wykonującym wyrok? Pewnym siebie uczonym w Piśmie? Łotrem dobrym lub złym? Setnikiem? Marią Magdaleną? Maryją? W której z tych osób odnajdę siebie? „Tłumy, gdy zobaczyły, co się działo, wracały bijąc się w piersi”.

Chryste ukrzyżowany! Dobry Pasterzu, który w swym krzyżu niesiesz do domu Ojca zagubioną owcę – ludzkość, który szukasz nas ciągle pośród cierni i pustyń naszego życia. Wierzę, że niesiesz i mnie do domu Ojca, że oddajesz życie za mnie, że Twoja krew obmywa mnie z grzechów. Całuję Twoje święte rany. Wierzę, że w Tobie jest moje życie, moja nadzieja, moje zmartwychwstanie. Amen

Z życia parafii

Polecane

Parafia Najświętszych Imion Jezusa i Maryi

ul. Przyklinga 12, 40-551 Katowice-Brynów tel. 32 251 86 60

brynow.jm@katowicka.pl

Numer konta parafialnego: 71 1050 1214 1000 0090 3186 9135.